Nowy Numer 38/2020 Archiwum

Druga miłość wśród fiordów

Łukasz: W Norwegii nieustannie utwierdza się ludzi w przekonaniu, że wszystko jest dobrze, że jesteśmy bezpieczni. Ewa: Daliśmy sobie wmówić, że poza granicami Polski jest lepiej. Jest to kłamstwo, a my pozwoliliśmy, żeby się w nas zakorzeniło.

Łukasz pochodzi z województwa świętokrzyskiego, Ewa z Żor. Poznali się na ślubie jego siostry i jej wujka. Oboje byli świadkami. – Nie planowaliśmy się później spotykać – opowiada Łukasz. – To rodzina koniecznie chciała nas zeswatać.

Ewa, która początkowo trochę się wzbraniała, w końcu uległa. Zaczęli się spotykać. Przyszły żniwa, które dziewczyna spędziła u Łukasza na gospodarstwie. Zaimponowała mu, kiedy po raz pierwszy w swoim życiu ciężko pracowała w polu. Choć cena była wysoka. Z powodu alergii prawie dusiła się w nocy. – A moje serce zostało już całkowicie podbite, kiedy zobaczyłam Łukasza, jadącego na zielonym traktorze – śmieje się.

Łukasz oświadczył się Ewie. Dla niej zostawił gospodarstwo, które odziedziczył po rodzicach i zdecydował się zamieszkać na Śląsku. – Miłość do ziemi przegrała z miłością do Ewy – przyznaje.

Młodzi marzyli o własnym domu. Nie chcieli jednak pakować się w pożyczki, kredyty. Dlatego zdecydowali się wyjechać zagranicę i tam rozpocząć pracę. Ewa ma wykształcenie pedagogiczne. Zaczęła przeglądać oferty pracy za granicą. – Wysłałam tylko jedno CV. Znalazłam ogłoszenie z biura pośrednictwa pracy, że poszukiwane są osoby do pracy w przedszkolu w Norwegii. Zaproszono mnie na rozmowę kwalifikacyjną i zostałam przyjęta. 

Dzień ma cztery godziny

Ewa rozpoczęła kurs języka norweskiego, bardzo intensywny i trudny, ale dający świetne efekty. Po trzech miesiącach nauki, kilka miesięcy po ślubie, młodzi wyjechali razem do Bergen, a trzy dni później Ewa pracowała już w norweskim przedszkolu. – To było wielkie wydarzenie w tamtym kraju - wspomina. – Pedagodzy z Polski przyjechali do Norwegii, w ciągu trzech miesięcy nauczyli się norweskiego i pracują z norweskimi dziećmi. Pisały o nas gazety. Do przedszkola, w którym pracowałam, po dwóch tygodniach przyjechała ogólnokrajowa telewizja i zostałam zmobilizowana do udzielenia wywiadu… w języku norweskim.

Początkowo trudno było żyć w nowym kraju. Łukasz przyjechał z Ewą, ale nie miał pracy. Nie znał języka angielskiego ani norweskiego. Dopiero po czterech miesiącach znalazł pracę, jako dekarz w norweskiej firmie. Spędził siedem kolejnych lat, aż do powrotu do Polski, na dachach, na rusztowaniach.

Trudności w adaptacji wzmagały warunki atmosferyczne, panujące w Norwegii. – Wyjechaliśmy jesienią. Można powiedzieć, że w najgorszym okresie klimatycznym – tłumaczy Łukasz. – Ciągle pada deszcz. Dzień ma cztery godziny. W ciągu pozostałych panuje półmrok, albo całkowita ciemność. Brakuje światła. Jest godzina 14, a człowiek ma wrażenie, że zachodzi słońce. To wszystko nie ułatwiało nam startu w nowym kraju. 

Norweg znaczy szczęśliwy

Dodatkową trudność sprawiało zetknięcie się z całkowicie nową i odmienną od polskiej kulturą i mentalnością, innym systemem pracy i wartości. – W Norwegii absolutnie na pierwszym miejscu jest człowiek. Nie Bóg – mówi Ewa – Norwedzy uważają, że są najlepszym i najszczęśliwszym narodem na świecie, bo mają pieniądze. – Tego nam Polakom w sumie trochę brakuje – dodaje Łukasz. 

Norwedzy są niezwykle dumni, ze swojej narodowości. Manifestują to na wszystkie możliwe sposoby. Hucznie obchodzą na przykład święta narodowe. Ubierają się wtedy w tradycyjne stroje ludowe, tak zwane bunady, które są niezwykle drogie (osiągają niebagatelne ceny kilkudziesięciu tysięcy koron). Całymi rodzinami wychodzą na ulice, maszerują w barwnych pochodach. Nigdy nie dochodzi wtedy do żadnych zamieszek, bójek, palenia instalacji i tak dalej. Nie trzeba nawet specjalnie angażować policji.

« 1 2 3 4 »
oceń artykuł Pobieranie..

Wyraź swoją opinię

napisz do redakcji:

gosc@gosc.pl

podziel się

Polecane filmy

Zapisane na później

Pobieranie listy

Reklama