ks. Bartosz Morawski
archiwum WŚSD
ks. Bartosz Morawski,
ur. 30.07.1998 r. w Mysłowicach
parafia zamieszkania: św. Józefa Robotnika w Mysłowicach-Krasowach
hasło prymicyjne: „Miłości pragnę, nie krwawej ofiary, poznania Boga bardziej niż całopaleń” (Oz 6,6)
Zawsze, kiedy przychodziło mi mówić lub pisać o tym, jak to było z moim powołaniem, pojawiało się we mnie zakłopotanie. Bo gdy sięgałem pamięcią do początków, dochodziłem do wniosku, że na tej drodze nic szczególnego ani wyjątkowego się nie działo. Jednak z każdą taką opowiedzianą historią czy rozmową na temat powołania widzę, jak Pan Bóg mnie prowadził przez życie, dawał swoje słowa, znaki działania.
Myślę, że nie będzie to zaskoczeniem: źródła mojej drogi powołania upatruję w momencie, w którym zostałem ministrantem. Początki były trudne, gdy jako taki mały wystraszony borok stałem przy ołtarzu i do końca nie wiedziałem, co się właściwie dzieje. Jednak z upływem czasu rosła pewność i wszystkie pełnione funkcje przychodziły już z łatwością. Duży wpływ miała pomoc starszych kolegów i wsparcie ze strony księdza opiekuna. Mijały kolejne lata bycia przy ołtarzu: w szkole średniej zostałem animatorem i ceremoniarzem. Wraz z innymi chłopakami żywo angażowaliśmy się w działania służby liturgicznej w parafii. Było to takie nasze: moje miejsce w parafii, w Kościele. Dziś sądzę, że gdyby nie to, że zostałem ministrantem, to moje drogi z Kościołem i z Jezusem by się rozeszły. To był czas, kiedy pojawiały się pierwsze myśli o kapłaństwie, jeszcze niedojrzałe, pełne idealizmu i młodzieńczej brawury.
Na to, kim teraz jestem i gdzie jestem, miały też wpływ wyjazdy formacyjne: na spotkania młodych w Lednicy, Saletyńskie Spotkania Młodych w Dębowcu oraz rekolekcje ministranckie. Właśnie tam po raz pierwszy miałem styczność z żywym i młodym Kościołem oraz ze świadectwem spotkanych księży. Pamiętam, że w czasie rekolekcji wielkopostnych dla animatorów służby liturgicznej bardzo mocno zapadły w mojej głowie słowa Pisma Świętego, słowa proroka Ozeasza: „Miłości pragnę, nie krwawej ofiary, poznania Boga bardziej niż całopaleń” (Oz 6,6). Wtedy jeszcze nie wiedziałem, jak ważne okażą się dla mnie. To zdanie było i jest jak kroplą, która drąży skałę.
Decyzję o tym, że chcę być księdzem, podjąłem w czasie pielgrzymki maturzystów do Czernej. Gdybym miał powiedzieć, czym dla mnie jest seminarium, odwołałbym się do metafory drogi. Każda jest inna, prowadzi do różnych miejsc. Bywa łatwa i prosta, ale może i okazać się trudna, zawiła. Są drogi, które prowadzą na manowce lub okazują się ślepymi uliczkami, z kolei inne prowadzą do celu. Wyruszając na drogę formacji seminaryjnej, zakładam, że droga prowadzi do bycia prezbiterem i do posługi we wspólnocie Kościoła przez przepowiadanie słowa i sprawowanie sakramentów, a ostatecznie do świętości. Jednak to tylko jedna z możliwości. Czas formacji pozwala mi odkrywać i oczyszczać pragnienia, rozeznawać, czy faktycznie są Boże.
Wspomniałem o słowach proroka Ozeasza. Obieram je jako hasło mojej drogi prezbitera – bardzo na mnie wpłynęły. To zdanie pokazuje mi, kto jest najważniejszy i co jest istotą naszej wiary. Odnajduję w nich kochającego Boga, który wychodzi z inicjatywą do człowieka. Jako pierwszy kocha, daje się poznać, powołuje i wzywa do odpowiedzi, do relacji. Choć wie, że jesteśmy słabi, grzeszni, że nasze nawrócenie nieraz bywa pozorne, nie rezygnuje, woła o miłość i bliskość. Do każdego z nas należy decyzja, czy odpowiemy na to Boże wołanie. A może poprzestanę tylko na powierzchni, na „odhaczeniu” tej krwawej ofiary?
To zdanie jest też dla mnie przestrogą przed mentalnością „coś za coś”, przed popadnięciem w obrzędowość skupioną tylko na tym, co zewnętrzne: bez głębi i treści. Spotkanie ze słowem Bożym i Liturgia ma mnie zbliżać do Boga, ma być Jego poznaniem, które jest ważniejsze od ofiar całopalnych. Słowa proroka odczytuję także jako wezwanie do stałej wrażliwości na przychodzącego Boga: przede wszystkim w Jego słowie i liturgii oraz w ludziach i wydarzeniach, które stawia na drodze. Ostatecznie „człowiek zawsze staje się obrazem Boga, którego wielbi” (Tomasz Merton OCSO, "Nikt nie jest samotną wyspą").








