• JanuszHarazin
    10.09.2012 13:32
    Na sercu leżą mi dwie sprawy:

    1. Przygotowuję osoby do Bierzmowania, widzę że nawet dla tych którzy może byli mniej aktywni na spotkaniach dzień przyjęcia sakramentu jest bardzo ważny. Szczególnie ważnym jest dla nich to że sakramentu udziela biskup - często to jest ich pierwszy, może jedyny tak bliski z nim kontakt. W ostatnim czasie odbiega się od tej praktyki i deleguje się prezbiterów do udzielania bierzmowania.
    Osoby przygotowujące się do bierzmowania to najczęściej osoby młode które szukają odpowiedzi na wiele pytań i wydaje mi się że w tym okresie powinni być otoczeni szczególną opieką - jest wielka potrzeba by ktoś im powiedział że im na nich zależy - kto jak nie Kościół w osobie biskupa?
    2. Nie wiem czy to nie sprawa episkopatu.. ale chciałbym również zaznaczyć, kwestię bardzo popularną jednak zawsze omijaną - Listy pasterskie. Rozumiem jedność z kościołem, rozumiem ich cel, ale wszystko co jest CZYTANE podczas homilii siłą rzeczy jest trudniejsze do odbioru, szczególnie gdy napisane jest dość trudnym językiem. Uczęszczam codziennie na Eucharystię i doświadczam o wiele większego umocnienia paroma słowami kapłana które często może są nieskładne i nieładne ale są z serca i dotykają codzienności. A listy pasterskie niestety najczęściej daleko odbiegają od tego co dzieje się w parafii, raczej dotykają ogółu i nie czuć tego że są skierowane do konkretnego człowieka.

    Bardzo zależy mi na naszym Kościele! Jest w Nim wiele dobra i za to dziękuję Bogu i modlę się za niego. Cieszę się że Bóg postawił mnie właśnie tu, aczkolwiek widzę że Nasz Kościół niebezpiecznie przysypia.. a potrzeba ŻYCIA! potrzeba JEZUSA, mam nadzieję że Synod pomoże w odkryciu Go na nowo.

  • Jerzyk
    11.09.2012 09:57
    Zamiast coś wymyślać, przytoczę autentyczny fakt, czyli świadectwo.
    Służę we Wspólnocie Ewangelizacyjnej. Jeden z Częstochowskich proboszczów, poprosił Wspólnotę o kurs "Nowe Życie", dawna nazwa "Kurs Filip". Są to czynne rekolekcje, które obok kapłana prowadzą także świeccy. Czynne, bo także uczestnicy aktywnie uczestniczą w nich. W większości uczestnikami byli seniorzy. O ostatnim dniu "Kursu", w czasie przerwy, zauważyłem łzy w oczach starszej pani. Pytam,
    - Co się stało?
    Pani odpowiada,
    - Proszę usiąść.
    Usiadłem. Pani opowiada.
    - Jestem emerytowaną nauczycielką (ok 80 lat) od dziecka jestem w Kościele i to bardzo aktywnie. Jestem w kółku różańcowym, charytatywnym,... i tu wymienia gdzie działa. Jestem codziennie na Mszy Świętej i codziennie przyjmuję Jezusa, jednak dopiero teraz, na tym "Kursie" poznałam Boga.
    - Jak widać można całe życie "chodzić" do kościoła i nie znać Boga.
    Tylko człowiek który spotkał Jezusa może być Jego świadkiem. Jednak aby tak się stało niezbędny jest Duch Święty, który jest jakby mało znany, czy wręcz pomijany w Kościele.
    Jezus mówi w oryginalnym tekście Mt.28,19 "Idźcie i czyńcie uczniów..."
    - Kto jest uczniem w Kościele?
    - Kto czuje się uczniem Jezusa?
    Aby być czyimś uczniem, trzeba poznać Nauczyciela. Nauczyciela zna jedynie ten co Go spotkał.
    - Z samych wykładów, czy książek nie można być świadkiem, a co za tym idzie uczniem, czy nauczycielem.
    doceń 1
  • Teresa
    08.10.2012 13:49
    Dzieci w kościele. jeśli nie potraktujemy ich obecności poważnie w kosciele, za parę lat zdziwimy się bardzo.... Msze z udziałem dzieci lub rodzinne sa traktowane w duszpasterstwie marginalnie. Trudno w dzisiejszym rozbieganym świecie zatrzymać się dzieciom. Bombardowane dvd, smsami, reklamami mają trudności ze skupieniem. Do tego dochodzą liczne trudności nabyte ( syndrom alkoholowy, zaburzenia koncentracji uwagi, nadmierna impulsywność i nadmierna ruchliwość). To przykłady zachowań dzieci, które nam spędzają sen z oczu i rozkładają na łopatki każda lekcję, katechezę, czy mszę św. Jaką wagę Ojcowie Kościoła przywiązują do obecności dzieci na liturgii świadczą liczne dokumenty. Dlatego błagamy ze wszystkich sił: niech jedna msza św.w niedzielę będzie dla małych odbiorców.
    Msza św. dla dzieci powinna mieć ok. 40 - 45 min, tyle ile lekcja, więcej dziecko nie wytrzyma! Zwracamy się do wszystkich duszpasterzy, aby nie zapominali o korzystaniu z formularza mszy św. dla dzieci ( notorycznie pomijanego w duszpasterstwie, w którym i prefacja i modlitwa eucharystyczna jest prosta i zrozumiała). Nie musicie drodzy Księża niczego wymyślać, wystarczy otworzyć mszał na odpowiedniej stronie! Przecież to robicie podczas pogrzebu, czy mszy św. ślubnej. Dlaczego tak pomijane są dzieci?
    doceń 1
  • Jana
    13.10.2012 18:23
    Bardzo dziękuję za to miejsce i fakt, że można podzielić się tu swoją troską.
    Wydaje mi się, że dzieło nowej ewangelizacji w pierwszym rzędzie zależy od kapłanów - tych pierwszych świadków Pana Jezusa. Od jakichś dziesięciu lat z rosnącym smutkiem widzę, jak świat wciąga ich w swoje tryby. Walczą z pokusami ukrytymi "w nowych opakowaniach" i często nie są na to przygotowani. Wielu wpada też w aktywizm i w konsekwencji traktuje modlitwę jak ciążący nieco obowiązek. Mogę policzyć na palcach kapłanów, których w ostatnich latach widziałam na prywatnej modlitwie przed Najświętszym Sakramentem. Mam wielu przyjaciół kapłanów i moim zdaniem większość problemów w życiu kapłańskim wynika z ogromnej ilości zadań (z których sporą część mogliby wykonywać świeccy) i przerażająco małej ilości czasu spędzanego na prostej adoracji. Przecież Pan powołał Dwunastu przede wszystkim, "aby Mu towarzyszyli". Myślę, że codzienne rozpalanie w sobie na nowo tej pierwszej miłości, która ich kiedyś pociągnęła, jest ważniejsze niż ich studia, prowadzenie grup parafialnych, organizowanie tego czy owego (nawet jeśli tworzą wielkie dobro). Uważam, że codzienna adoracja jest bardziej konieczna niż brewiarz, który uznano za święty obowiązek.
    A z naszej strony potrzebna jest modlitwa, modlitwa i jeszcze raz modlitwa. Staram się być temu wierna.
    doceń 2
  • gosia
    16.10.2012 14:11
    dzien dobry!
    a ja chciałabym wiedzieć co mam zrobić, aby dostać się do nieba?
  • doro144
    10.12.2012 10:56
    Szczęść Boże,
    dziękuję Panu Trójjedynemu za Synod.
    "DUCH ŚWIĘTY WIEJE KĘDY CHCE"
    Ufam,że zrodzi dobre owoce, owoce dojrzewające w swoim czasie,Bogu tylko wiadomym- "nic nie znaczy ten co sieje, podlewa,lecz Pan który daje wzrost".
    Każdy ma swój czas dojrzewania, który wymaga ciszy, cierpliwego czekania na Pana.
    Analogia czekania w czasie Adwentu- "Oczekiwanie przynosi radość"- radość z przyjścia Pana Jezusa.
    W moim skromnym,myśleniu kieruję ukłon w stronę CZŁOWIEKA. Moja refleksja dotyczy, HUMANIZMU CHRZEŚCIJAŃSKIEGO,czynnej miłości, bowiem sama widzę jak wiele w tym względzie mam pracy nad sobą. Człowiek jest ta osobą godną szczególnej uwagi. Zatem PERSONALIZM HUMANISTYCZNY jest dziedziną w którą jeszcze więcej warto się zaangażować.
    Na każdym kroku człowiek woła o człowieka.Często potrzeba katechizowania dorosłych, aby autentycznie weszli w relację z osobowym, żywym Bogiem,radującym ich serca,Dokonuje się to na podbudowie miłości.Czasy końca znamionować ma brak miłości- "A ponieważ bezprawie się rozmnoży miłość wielu oziębnie".
    Jan Paweł II wskazał w pewnym swoim przemówieniu, bądź liście na kwestię chrześcijańskiego humanizmu.
    Pięknie go prezentują wielkie(w mojej ocenie)postacie, jak Wanda Półtawska czy Kazimierz Dąbrowski.
    Jan Paweł II pisał, że można go zaprezentować w każdej kulturze, objawia on człowieka,który ma świadomość własnej wartości i pozwala mu dojść do źródła swojego istnienia, które jest w Ojcu Stworzycielu. W Nim człowiek przeżywa swą synowską,Bożą tożsamość-Ma SERCE SZEROKO OTWARTE NA TCHNIENIE JEGO DUCHA MIŁOŚCI.
    To niejako małe preludium do JEDNOŚCI-
    -ABYŚMY BYLI JEDNO-nawet w różnorodności. Fundamentem-Chrystus cementujący wszystko prawdziwą więzią miłości(kol.3,14).
    Niech Wam Bóg błogosławi- amen.
    doceń 0
  • odJana
    13.01.2013 08:23
    „...Wszystkim tym jednak, którzy Je przyjęli, dało moc, aby się stali dziećmi Bożymi, tym, którzy wierzą w imię Jego, którzy ani z krwi, ani z żądzy ciała, ani z woli męża, ale z Boga się narodzili...” (fragment z: J 1, 1-18).
    Chciałbym powtórzyć za moim dzieckiem – HURRA!!!
    Na początku nie rozumiałem sensu zorganizowania synodu, jednakże do czasu. Moje spojrzenie na Kościół zaczęło się zmieniać od dnia 28 listopada 2012 roku (tj. od dnia narodzin, chrztu świętego i zarazem śmierci mego syna Jana.). To dzięki działaniu wspólnoty Żywego Kościoła Rzymskokatolickiego doświadczyłem autentycznej, realnej obecności Żywego Boga, Osoby, która przewróciła wszystko do góry nogami, a jednocześnie wyprostowała moje ścieżki i wszystko uprościła, mimo że obecnie życie moje wydaje mi o wiele bardziej boleśniejsze z uwagi na kolejne cierpienia w rodzinie.
    We wspólnocie naszego Kościoła spotkałem naszego Pana, Jezusa Chrystusa, prowadzącego nas grzeszników do Ojca z mocą Ducha Świętego, której nie da się wyrazić słowami.
    doceń 1
  • odJana
    13.01.2013 08:23
    cd.str. 2

    Dzielę się z Wami tym doświadczeniem nie dlatego, żeby o czymś pouczyć, bo i ja sam nie mogę powiedzieć, że czegoś to doświadczenie mnie nauczyło i w dalszym ciągu nie rozumiem tego dlaczego Bóg w ten sposób działa, dlaczego dopuszcza takie cierpienia jak śmierć upragnionego dziecka, czy ciężka nieuleczalna choroba bliskiej osoby (i sądzę, że nigdy tego nie zrozumiem, jednakże to nie jest najważniejsze). Chcę powiedzieć, że w najtrudniejszym okresie mojego dotychczasowego życia Bóg pozwolił mi doświadczyć w Kościele osobiście Jego obecności i to w chwili, w której najbardziej tego potrzebowałem. Byłem zupełnie bezradny. Czułem się opuszczony, powalony na ziemię, upokorzony. Nic mi już nie pozostało, jak tylko w pełnym zaufaniu chwycić się ostatniej "deski ratunku", powierzyłem WSZYSTKO Jezusowi Chrystusowi, błagałem Go o litość, o ratunek dla mego syna i ratunek dla mojej żony, której życie znalazło się również w śmiertelnym zagrożeniu.
    Wbrew mojemu rozumowi okazało się Bóg wysłuchał mojej modlitwy, ale wysłuchał po swojemu. Pewność ta przyszła do mnie dopiero dnia 07 grudnia 2012 roku, kiedy na mszy świętej usłyszałem Słowa Ewangelii według świętego Mateusza (Mt 9,27-31) (cyt.) „...Wtedy dotknął ich oczu, mówiąc: „Według wiary waszej niech się wam stanie”. I otworzyły się ich oczy...”. Dzięki Słowu Bożemu usłyszanemu w Kościele Rzymskokatolickim, dzięki świadectwu wiary mojej żony Moniki, córeczki Joanny, najbliższej rodziny, a także dzięki obecności i wsparciu innych życzliwych wspólnot i ludzi (czasem nawet ludzi "przypadkowo" spotkanych w pracy i na ulicy), otworzyły mi się oczy i uszy. Zacząłem dostrzegać w moim codziennym życiu to, o czym zawsze jako katolik wiedziałem, ale tego osobiście nie przeżywałem. Zacząłem dostrzegać jakże oczywistą i autentyczną rzeczywistość, tzn. obecność i działanie Żywego, Prawdziwego Trójjedynego Boga, który nie jest jakąś odległą człowiekowi ideą, ale jest konkretną OSOBĄ, z którą można osobiście się spotkać i porozmawiać, który JEST, a który jako Bóg objawił nam się w pełni w konkretnym człowieku z krwi i kości, tj. w Jezusie Chrystusie, który przychodzi do człowieka, by go podźwignąć z upadku, wybawić, otworzyć oczy i uszy i który ciągle działa we Wspólnocie Kościoła poprzez Ducha Świętego. Jezus Chrystus po to przyszedł na świat, aby człowiek już nigdy nie pozostał sam w swoim cierpieniu. Człowiek nigdy już nie będzie sam, bo jest dla Boga bardzo ważny i przez Niego kochany, aż po krzyż!. Po to właśnie nasz Pan Jezus Chrystus umarł, zmartwychwstał i pozostał z nami działając w Kościele z mocą Ducha Świętego. Mogę teraz świadomie powiedzieć, że jestem szczęśliwy, bo Bóg jest obecny blisko mnie i współdziała we wszystkim dla mego dobra, we wszystkim..., nawet jeżeli nie rozumiem jego działania i życie jest dla mnie bolesne. Po to czasem Bóg wyprowadza człowieka na pustynię, aby go oczyścić, by człowiek mógł odpowiedzieć miłością na Jego Miłość, by po przejrzeniu na oczy żyć dla Miłości.

    Doświadczyłem Kościoła jako wielkie rodziny, do której przynależymy, ale i w której wzajemnie od siebie współzależymy. Niesłychanej dobrej współzależności doświadczyłem też w mojej najbliższej rodzinie, zwłaszcza po śmierci Jasia. Rodzina biologiczna jest przestrzenią pierwszej szkoły wiary. Pierwszym Kościołem ludzi ochrzczonych. To w niej (rodzinie) mamy szansę pójścia drogą wiary w Ojca, Syna i Ducha Świętego. W rodzinie wszyscy mamy szansę na błogosławieństwo bycia dziećmi Bożymi. Przynależąc do konkretnej rodziny możemy dzięki zawierzeniu Bogu wzajemnie prowadzić się „w ciemno” do Światła z Betlejem, do Jezusa Chrystusa. Rodzice odpowiedzialni są za głoszenie Słowa Bożego swoim dzieciom, za błogosławienie, za dawanie świadectwa wiary w Kościele, przez co realizują też swój obowiązek ponoszenia współodpowiedzialności za wspólne nasze dobro, jakim jest Kościół. Ale może być też i tak, że to dzieci dają przykład wiary autentycznej i przez to powalają swoich rodziców na kolana przed Wszechmogącym, zwłaszcza rodziców cierpiących, znajdujących się na pustyni.(następnego dnia po pogrzebie moja czteroletnia córeczka w pewnym momencie powiedziała mi (cyt.) „.. Tatuś, ja tulę się tutaj do Tatusia i Mamusi, a mój braciszek tuli się do Pana Jezusa w niebie”, potem dodała „nie trzeba płakać, trzeba się cieszyć! Co wy, gapy jesteście!?”. Brakło mi słów...Po prostu, chrześcijanin nie może być gapą!. Przecież Pan Jezus Jest i można się do niego przytulić. To takie dziecinne i takie proste. Kościół to też rodzina, w której wszyscy razem, ze świętymi w niebie, biskupami, kapłanami, wszystkimi stanami konsekrowanymi i świeckimi tulimy się do jednego kochającego nas Boga
    Moja najbliższa rodzina, a także rodzina Kościoła Świętego pokazała mi, że przyjęcie z ufnością Słowa Bożego daje błogosławieństwo, daje moc, abyśmy się stali dziećmi Bożymi. Wiara Bogu jest źródłem błogosławieństwa w rodzinie, gdyż tylko Bóg wie co jest dla nas najlepsze. Posłuszeństwo Jego Woli jest źródłem szczęścia i daje moc do przełamania swojej pychy. Zaufanie Bogu w trudnych, bolesnych sprawach wymaga pokory, wyjścia na pustynię, skoncentrowania się tylko na Nim. Zaufać Bogu to milczeć, gdy On mówi. Czasem nie potrzeba słów, wszystko sprawi Duch Święty (jak śpiewa Arka Noego, której słowa usłyszałem w radio Em w czasie żałoby po synu). Jezus Chrystus odkupił wszystkich i wszystkim daje szansę przyjęcia zbawczej łaski, szansę przyjęcia Słowa Wcielonego, szansę uwierzenia Żywemu Bogu, szansę otwarcia Jemu drzwi dla wszystkich członków rodziny. Mój syn umierając (co wydawało się złe), a córka pocieszając (co było dobre), pomogli mi otworzyć również i moje drzwi Chrystusowi...w ramach wzajemnej przynależności w rodzinie, a przez to Bóg zamienił to zło śmierci w dobro wiary, to jest dobro przytulenia się do Pana Jezusa Chrystusa, do Żywej i Realnej Osoby Boga, który Jest i który pozostanie na zawsze, aż do skończenia świata. Z ust pewnego księdza usłyszałem słowa, że dzięki Panu Jezusowi człowiek już nigdy nie będzie sam, nawet w obliczu śmierci. Przyjęcie z wiarą Słowa Bożego daje moc bycia dzieckiem Boga. Bóg daje Miłość silniejszą niż śmierć. Błogosławieni są ci, którzy uwierzyli Jemu na słowo, bezwarunkowo. Dlatego z wiarą przyzywajcie imienia Boga i błogosławcie wszystkim w swoich rodzinach, błogosławcie wszystkich w naszym Kościele, by Bóg nas błogosławił i strzegł, by nie było miejsca na przekleństwo. Zło zostało przez Naszego Pana zamienione na krzyżu w dobro. Zwycięstwo już się dokonało. Przekleństwo zostało już dawno zamienione w Błogosławieństwo. Jednakże Królestwo Boże przeznaczone jest dla tego, który uwierzy Bogu jak dziecko, „w ciemno” na 100 %, jak Maryja i Św. Józef - na Słowo. Zatem spośród dorosłych błogosławieństwo w rodzinie osiągnie ten, który pouczając dziecko o Bogu, nauczy się od dziecka wiary w Boga.
    Rozmawiajmy więc w czasie synodu o Kościele, który jest naszym dobrem danym nam za darmo do Pana Jezusa, który jest naszą wspólną rodziną, w której wzajemnie przynależymy. Jezus Chrystus przecież prowadzi naszą wspólnotę przez Ducha Świętego do domu Ojca. Taka wzajemna przynależność w Rodzinie prowadzi do błogosławieństwa. Trwajmy więc mocni w wierze w Kościele Świętym, przy boku naszego diecezjalnego pasterza Arcybiskupa Wiktora Skworca, wspierajmy go w jego posłudze i módlmy się za to wielkie dzieło synodu diecezjalnego
    doceń 1
Dyskusja zakończona.

Ze względów bezpieczeństwa, kiedy korzystasz z możliwości napisania komentarza lub dodania intencji, w logach systemowych zapisuje się Twoje IP. Mają do niego dostęp wyłącznie uprawnieni administratorzy systemu. Administratorem Twoich danych jest Instytut Gość Media, z siedzibą w Katowicach 40-042, ul. Wita Stwosza 11. Szanujemy Twoje dane i chronimy je. Szczegółowe informacje na ten temat oraz i prawa, jakie Ci przysługują, opisaliśmy w Polityce prywatności.

Zobacz także

Reklama

Zapisane na później

Pobieranie listy

Reklama

    Nowy numer 44/2020 Archiwum
  • JanuszHarazin
    10.09.2012 13:32
    Na sercu leżą mi dwie sprawy:

    1. Przygotowuję osoby do Bierzmowania, widzę że nawet dla tych którzy może byli mniej aktywni na spotkaniach dzień przyjęcia sakramentu jest bardzo ważny. Szczególnie ważnym jest dla nich to że sakramentu udziela biskup - często to jest ich pierwszy, może jedyny tak bliski z nim kontakt. W ostatnim czasie odbiega się od tej praktyki i deleguje się prezbiterów do udzielania bierzmowania.
    Osoby przygotowujące się do bierzmowania to najczęściej osoby młode które szukają odpowiedzi na wiele pytań i wydaje mi się że w tym okresie powinni być otoczeni szczególną opieką - jest wielka potrzeba by ktoś im powiedział że im na nich zależy - kto jak nie Kościół w osobie biskupa?
    2. Nie wiem czy to nie sprawa episkopatu.. ale chciałbym również zaznaczyć, kwestię bardzo popularną jednak zawsze omijaną - Listy pasterskie. Rozumiem jedność z kościołem, rozumiem ich cel, ale wszystko co jest CZYTANE podczas homilii siłą rzeczy jest trudniejsze do odbioru, szczególnie gdy napisane jest dość trudnym językiem. Uczęszczam codziennie na Eucharystię i doświadczam o wiele większego umocnienia paroma słowami kapłana które często może są nieskładne i nieładne ale są z serca i dotykają codzienności. A listy pasterskie niestety najczęściej daleko odbiegają od tego co dzieje się w parafii, raczej dotykają ogółu i nie czuć tego że są skierowane do konkretnego człowieka.

    Bardzo zależy mi na naszym Kościele! Jest w Nim wiele dobra i za to dziękuję Bogu i modlę się za niego. Cieszę się że Bóg postawił mnie właśnie tu, aczkolwiek widzę że Nasz Kościół niebezpiecznie przysypia.. a potrzeba ŻYCIA! potrzeba JEZUSA, mam nadzieję że Synod pomoże w odkryciu Go na nowo.

  • Jerzyk
    11.09.2012 09:57
    Zamiast coś wymyślać, przytoczę autentyczny fakt, czyli świadectwo.
    Służę we Wspólnocie Ewangelizacyjnej. Jeden z Częstochowskich proboszczów, poprosił Wspólnotę o kurs "Nowe Życie", dawna nazwa "Kurs Filip". Są to czynne rekolekcje, które obok kapłana prowadzą także świeccy. Czynne, bo także uczestnicy aktywnie uczestniczą w nich. W większości uczestnikami byli seniorzy. O ostatnim dniu "Kursu", w czasie przerwy, zauważyłem łzy w oczach starszej pani. Pytam,
    - Co się stało?
    Pani odpowiada,
    - Proszę usiąść.
    Usiadłem. Pani opowiada.
    - Jestem emerytowaną nauczycielką (ok 80 lat) od dziecka jestem w Kościele i to bardzo aktywnie. Jestem w kółku różańcowym, charytatywnym,... i tu wymienia gdzie działa. Jestem codziennie na Mszy Świętej i codziennie przyjmuję Jezusa, jednak dopiero teraz, na tym "Kursie" poznałam Boga.
    - Jak widać można całe życie "chodzić" do kościoła i nie znać Boga.
    Tylko człowiek który spotkał Jezusa może być Jego świadkiem. Jednak aby tak się stało niezbędny jest Duch Święty, który jest jakby mało znany, czy wręcz pomijany w Kościele.
    Jezus mówi w oryginalnym tekście Mt.28,19 "Idźcie i czyńcie uczniów..."
    - Kto jest uczniem w Kościele?
    - Kto czuje się uczniem Jezusa?
    Aby być czyimś uczniem, trzeba poznać Nauczyciela. Nauczyciela zna jedynie ten co Go spotkał.
    - Z samych wykładów, czy książek nie można być świadkiem, a co za tym idzie uczniem, czy nauczycielem.
    doceń 1
  • Teresa
    08.10.2012 13:49
    Dzieci w kościele. jeśli nie potraktujemy ich obecności poważnie w kosciele, za parę lat zdziwimy się bardzo.... Msze z udziałem dzieci lub rodzinne sa traktowane w duszpasterstwie marginalnie. Trudno w dzisiejszym rozbieganym świecie zatrzymać się dzieciom. Bombardowane dvd, smsami, reklamami mają trudności ze skupieniem. Do tego dochodzą liczne trudności nabyte ( syndrom alkoholowy, zaburzenia koncentracji uwagi, nadmierna impulsywność i nadmierna ruchliwość). To przykłady zachowań dzieci, które nam spędzają sen z oczu i rozkładają na łopatki każda lekcję, katechezę, czy mszę św. Jaką wagę Ojcowie Kościoła przywiązują do obecności dzieci na liturgii świadczą liczne dokumenty. Dlatego błagamy ze wszystkich sił: niech jedna msza św.w niedzielę będzie dla małych odbiorców.
    Msza św. dla dzieci powinna mieć ok. 40 - 45 min, tyle ile lekcja, więcej dziecko nie wytrzyma! Zwracamy się do wszystkich duszpasterzy, aby nie zapominali o korzystaniu z formularza mszy św. dla dzieci ( notorycznie pomijanego w duszpasterstwie, w którym i prefacja i modlitwa eucharystyczna jest prosta i zrozumiała). Nie musicie drodzy Księża niczego wymyślać, wystarczy otworzyć mszał na odpowiedniej stronie! Przecież to robicie podczas pogrzebu, czy mszy św. ślubnej. Dlaczego tak pomijane są dzieci?
    doceń 1
  • Jana
    13.10.2012 18:23
    Bardzo dziękuję za to miejsce i fakt, że można podzielić się tu swoją troską.
    Wydaje mi się, że dzieło nowej ewangelizacji w pierwszym rzędzie zależy od kapłanów - tych pierwszych świadków Pana Jezusa. Od jakichś dziesięciu lat z rosnącym smutkiem widzę, jak świat wciąga ich w swoje tryby. Walczą z pokusami ukrytymi "w nowych opakowaniach" i często nie są na to przygotowani. Wielu wpada też w aktywizm i w konsekwencji traktuje modlitwę jak ciążący nieco obowiązek. Mogę policzyć na palcach kapłanów, których w ostatnich latach widziałam na prywatnej modlitwie przed Najświętszym Sakramentem. Mam wielu przyjaciół kapłanów i moim zdaniem większość problemów w życiu kapłańskim wynika z ogromnej ilości zadań (z których sporą część mogliby wykonywać świeccy) i przerażająco małej ilości czasu spędzanego na prostej adoracji. Przecież Pan powołał Dwunastu przede wszystkim, "aby Mu towarzyszyli". Myślę, że codzienne rozpalanie w sobie na nowo tej pierwszej miłości, która ich kiedyś pociągnęła, jest ważniejsze niż ich studia, prowadzenie grup parafialnych, organizowanie tego czy owego (nawet jeśli tworzą wielkie dobro). Uważam, że codzienna adoracja jest bardziej konieczna niż brewiarz, który uznano za święty obowiązek.
    A z naszej strony potrzebna jest modlitwa, modlitwa i jeszcze raz modlitwa. Staram się być temu wierna.
    doceń 2
  • gosia
    16.10.2012 14:11
    dzien dobry!
    a ja chciałabym wiedzieć co mam zrobić, aby dostać się do nieba?
  • doro144
    10.12.2012 10:56
    Szczęść Boże,
    dziękuję Panu Trójjedynemu za Synod.
    "DUCH ŚWIĘTY WIEJE KĘDY CHCE"
    Ufam,że zrodzi dobre owoce, owoce dojrzewające w swoim czasie,Bogu tylko wiadomym- "nic nie znaczy ten co sieje, podlewa,lecz Pan który daje wzrost".
    Każdy ma swój czas dojrzewania, który wymaga ciszy, cierpliwego czekania na Pana.
    Analogia czekania w czasie Adwentu- "Oczekiwanie przynosi radość"- radość z przyjścia Pana Jezusa.
    W moim skromnym,myśleniu kieruję ukłon w stronę CZŁOWIEKA. Moja refleksja dotyczy, HUMANIZMU CHRZEŚCIJAŃSKIEGO,czynnej miłości, bowiem sama widzę jak wiele w tym względzie mam pracy nad sobą. Człowiek jest ta osobą godną szczególnej uwagi. Zatem PERSONALIZM HUMANISTYCZNY jest dziedziną w którą jeszcze więcej warto się zaangażować.
    Na każdym kroku człowiek woła o człowieka.Często potrzeba katechizowania dorosłych, aby autentycznie weszli w relację z osobowym, żywym Bogiem,radującym ich serca,Dokonuje się to na podbudowie miłości.Czasy końca znamionować ma brak miłości- "A ponieważ bezprawie się rozmnoży miłość wielu oziębnie".
    Jan Paweł II wskazał w pewnym swoim przemówieniu, bądź liście na kwestię chrześcijańskiego humanizmu.
    Pięknie go prezentują wielkie(w mojej ocenie)postacie, jak Wanda Półtawska czy Kazimierz Dąbrowski.
    Jan Paweł II pisał, że można go zaprezentować w każdej kulturze, objawia on człowieka,który ma świadomość własnej wartości i pozwala mu dojść do źródła swojego istnienia, które jest w Ojcu Stworzycielu. W Nim człowiek przeżywa swą synowską,Bożą tożsamość-Ma SERCE SZEROKO OTWARTE NA TCHNIENIE JEGO DUCHA MIŁOŚCI.
    To niejako małe preludium do JEDNOŚCI-
    -ABYŚMY BYLI JEDNO-nawet w różnorodności. Fundamentem-Chrystus cementujący wszystko prawdziwą więzią miłości(kol.3,14).
    Niech Wam Bóg błogosławi- amen.
    doceń 0
  • odJana
    13.01.2013 08:23
    „...Wszystkim tym jednak, którzy Je przyjęli, dało moc, aby się stali dziećmi Bożymi, tym, którzy wierzą w imię Jego, którzy ani z krwi, ani z żądzy ciała, ani z woli męża, ale z Boga się narodzili...” (fragment z: J 1, 1-18).
    Chciałbym powtórzyć za moim dzieckiem – HURRA!!!
    Na początku nie rozumiałem sensu zorganizowania synodu, jednakże do czasu. Moje spojrzenie na Kościół zaczęło się zmieniać od dnia 28 listopada 2012 roku (tj. od dnia narodzin, chrztu świętego i zarazem śmierci mego syna Jana.). To dzięki działaniu wspólnoty Żywego Kościoła Rzymskokatolickiego doświadczyłem autentycznej, realnej obecności Żywego Boga, Osoby, która przewróciła wszystko do góry nogami, a jednocześnie wyprostowała moje ścieżki i wszystko uprościła, mimo że obecnie życie moje wydaje mi o wiele bardziej boleśniejsze z uwagi na kolejne cierpienia w rodzinie.
    We wspólnocie naszego Kościoła spotkałem naszego Pana, Jezusa Chrystusa, prowadzącego nas grzeszników do Ojca z mocą Ducha Świętego, której nie da się wyrazić słowami.
    doceń 1
  • odJana
    13.01.2013 08:23
    cd.str. 2

    Dzielę się z Wami tym doświadczeniem nie dlatego, żeby o czymś pouczyć, bo i ja sam nie mogę powiedzieć, że czegoś to doświadczenie mnie nauczyło i w dalszym ciągu nie rozumiem tego dlaczego Bóg w ten sposób działa, dlaczego dopuszcza takie cierpienia jak śmierć upragnionego dziecka, czy ciężka nieuleczalna choroba bliskiej osoby (i sądzę, że nigdy tego nie zrozumiem, jednakże to nie jest najważniejsze). Chcę powiedzieć, że w najtrudniejszym okresie mojego dotychczasowego życia Bóg pozwolił mi doświadczyć w Kościele osobiście Jego obecności i to w chwili, w której najbardziej tego potrzebowałem. Byłem zupełnie bezradny. Czułem się opuszczony, powalony na ziemię, upokorzony. Nic mi już nie pozostało, jak tylko w pełnym zaufaniu chwycić się ostatniej "deski ratunku", powierzyłem WSZYSTKO Jezusowi Chrystusowi, błagałem Go o litość, o ratunek dla mego syna i ratunek dla mojej żony, której życie znalazło się również w śmiertelnym zagrożeniu.
    Wbrew mojemu rozumowi okazało się Bóg wysłuchał mojej modlitwy, ale wysłuchał po swojemu. Pewność ta przyszła do mnie dopiero dnia 07 grudnia 2012 roku, kiedy na mszy świętej usłyszałem Słowa Ewangelii według świętego Mateusza (Mt 9,27-31) (cyt.) „...Wtedy dotknął ich oczu, mówiąc: „Według wiary waszej niech się wam stanie”. I otworzyły się ich oczy...”. Dzięki Słowu Bożemu usłyszanemu w Kościele Rzymskokatolickim, dzięki świadectwu wiary mojej żony Moniki, córeczki Joanny, najbliższej rodziny, a także dzięki obecności i wsparciu innych życzliwych wspólnot i ludzi (czasem nawet ludzi "przypadkowo" spotkanych w pracy i na ulicy), otworzyły mi się oczy i uszy. Zacząłem dostrzegać w moim codziennym życiu to, o czym zawsze jako katolik wiedziałem, ale tego osobiście nie przeżywałem. Zacząłem dostrzegać jakże oczywistą i autentyczną rzeczywistość, tzn. obecność i działanie Żywego, Prawdziwego Trójjedynego Boga, który nie jest jakąś odległą człowiekowi ideą, ale jest konkretną OSOBĄ, z którą można osobiście się spotkać i porozmawiać, który JEST, a który jako Bóg objawił nam się w pełni w konkretnym człowieku z krwi i kości, tj. w Jezusie Chrystusie, który przychodzi do człowieka, by go podźwignąć z upadku, wybawić, otworzyć oczy i uszy i który ciągle działa we Wspólnocie Kościoła poprzez Ducha Świętego. Jezus Chrystus po to przyszedł na świat, aby człowiek już nigdy nie pozostał sam w swoim cierpieniu. Człowiek nigdy już nie będzie sam, bo jest dla Boga bardzo ważny i przez Niego kochany, aż po krzyż!. Po to właśnie nasz Pan Jezus Chrystus umarł, zmartwychwstał i pozostał z nami działając w Kościele z mocą Ducha Świętego. Mogę teraz świadomie powiedzieć, że jestem szczęśliwy, bo Bóg jest obecny blisko mnie i współdziała we wszystkim dla mego dobra, we wszystkim..., nawet jeżeli nie rozumiem jego działania i życie jest dla mnie bolesne. Po to czasem Bóg wyprowadza człowieka na pustynię, aby go oczyścić, by człowiek mógł odpowiedzieć miłością na Jego Miłość, by po przejrzeniu na oczy żyć dla Miłości.

    Doświadczyłem Kościoła jako wielkie rodziny, do której przynależymy, ale i w której wzajemnie od siebie współzależymy. Niesłychanej dobrej współzależności doświadczyłem też w mojej najbliższej rodzinie, zwłaszcza po śmierci Jasia. Rodzina biologiczna jest przestrzenią pierwszej szkoły wiary. Pierwszym Kościołem ludzi ochrzczonych. To w niej (rodzinie) mamy szansę pójścia drogą wiary w Ojca, Syna i Ducha Świętego. W rodzinie wszyscy mamy szansę na błogosławieństwo bycia dziećmi Bożymi. Przynależąc do konkretnej rodziny możemy dzięki zawierzeniu Bogu wzajemnie prowadzić się „w ciemno” do Światła z Betlejem, do Jezusa Chrystusa. Rodzice odpowiedzialni są za głoszenie Słowa Bożego swoim dzieciom, za błogosławienie, za dawanie świadectwa wiary w Kościele, przez co realizują też swój obowiązek ponoszenia współodpowiedzialności za wspólne nasze dobro, jakim jest Kościół. Ale może być też i tak, że to dzieci dają przykład wiary autentycznej i przez to powalają swoich rodziców na kolana przed Wszechmogącym, zwłaszcza rodziców cierpiących, znajdujących się na pustyni.(następnego dnia po pogrzebie moja czteroletnia córeczka w pewnym momencie powiedziała mi (cyt.) „.. Tatuś, ja tulę się tutaj do Tatusia i Mamusi, a mój braciszek tuli się do Pana Jezusa w niebie”, potem dodała „nie trzeba płakać, trzeba się cieszyć! Co wy, gapy jesteście!?”. Brakło mi słów...Po prostu, chrześcijanin nie może być gapą!. Przecież Pan Jezus Jest i można się do niego przytulić. To takie dziecinne i takie proste. Kościół to też rodzina, w której wszyscy razem, ze świętymi w niebie, biskupami, kapłanami, wszystkimi stanami konsekrowanymi i świeckimi tulimy się do jednego kochającego nas Boga
    Moja najbliższa rodzina, a także rodzina Kościoła Świętego pokazała mi, że przyjęcie z ufnością Słowa Bożego daje błogosławieństwo, daje moc, abyśmy się stali dziećmi Bożymi. Wiara Bogu jest źródłem błogosławieństwa w rodzinie, gdyż tylko Bóg wie co jest dla nas najlepsze. Posłuszeństwo Jego Woli jest źródłem szczęścia i daje moc do przełamania swojej pychy. Zaufanie Bogu w trudnych, bolesnych sprawach wymaga pokory, wyjścia na pustynię, skoncentrowania się tylko na Nim. Zaufać Bogu to milczeć, gdy On mówi. Czasem nie potrzeba słów, wszystko sprawi Duch Święty (jak śpiewa Arka Noego, której słowa usłyszałem w radio Em w czasie żałoby po synu). Jezus Chrystus odkupił wszystkich i wszystkim daje szansę przyjęcia zbawczej łaski, szansę przyjęcia Słowa Wcielonego, szansę uwierzenia Żywemu Bogu, szansę otwarcia Jemu drzwi dla wszystkich członków rodziny. Mój syn umierając (co wydawało się złe), a córka pocieszając (co było dobre), pomogli mi otworzyć również i moje drzwi Chrystusowi...w ramach wzajemnej przynależności w rodzinie, a przez to Bóg zamienił to zło śmierci w dobro wiary, to jest dobro przytulenia się do Pana Jezusa Chrystusa, do Żywej i Realnej Osoby Boga, który Jest i który pozostanie na zawsze, aż do skończenia świata. Z ust pewnego księdza usłyszałem słowa, że dzięki Panu Jezusowi człowiek już nigdy nie będzie sam, nawet w obliczu śmierci. Przyjęcie z wiarą Słowa Bożego daje moc bycia dzieckiem Boga. Bóg daje Miłość silniejszą niż śmierć. Błogosławieni są ci, którzy uwierzyli Jemu na słowo, bezwarunkowo. Dlatego z wiarą przyzywajcie imienia Boga i błogosławcie wszystkim w swoich rodzinach, błogosławcie wszystkich w naszym Kościele, by Bóg nas błogosławił i strzegł, by nie było miejsca na przekleństwo. Zło zostało przez Naszego Pana zamienione na krzyżu w dobro. Zwycięstwo już się dokonało. Przekleństwo zostało już dawno zamienione w Błogosławieństwo. Jednakże Królestwo Boże przeznaczone jest dla tego, który uwierzy Bogu jak dziecko, „w ciemno” na 100 %, jak Maryja i Św. Józef - na Słowo. Zatem spośród dorosłych błogosławieństwo w rodzinie osiągnie ten, który pouczając dziecko o Bogu, nauczy się od dziecka wiary w Boga.
    Rozmawiajmy więc w czasie synodu o Kościele, który jest naszym dobrem danym nam za darmo do Pana Jezusa, który jest naszą wspólną rodziną, w której wzajemnie przynależymy. Jezus Chrystus przecież prowadzi naszą wspólnotę przez Ducha Świętego do domu Ojca. Taka wzajemna przynależność w Rodzinie prowadzi do błogosławieństwa. Trwajmy więc mocni w wierze w Kościele Świętym, przy boku naszego diecezjalnego pasterza Arcybiskupa Wiktora Skworca, wspierajmy go w jego posłudze i módlmy się za to wielkie dzieło synodu diecezjalnego
    doceń 1
Dyskusja zakończona.

Ze względów bezpieczeństwa, kiedy korzystasz z możliwości napisania komentarza lub dodania intencji, w logach systemowych zapisuje się Twoje IP. Mają do niego dostęp wyłącznie uprawnieni administratorzy systemu. Administratorem Twoich danych jest Instytut Gość Media, z siedzibą w Katowicach 40-042, ul. Wita Stwosza 11. Szanujemy Twoje dane i chronimy je. Szczegółowe informacje na ten temat oraz i prawa, jakie Ci przysługują, opisaliśmy w Polityce prywatności.

Zobacz także

Reklama

Zapisane na później

Pobieranie listy

Reklama