Nowy numer 48/2022 Archiwum

Michał, pogromca zła

Śmiertelnie niebezpieczną wyprawę do tej świątyni podjęło w 1945 r. dwóch śmiałków. Przebrnęli przez Skrzyszów na czworakach, pod ogniem snajperów i gradem odłamków z pocisków artyleryjskich, żeby uratować przed profanacją Pana Jezusa w Eucharystii. Jeden z tych śmiałków żyje.

Pamięć o tym wydarzeniu w Skrzyszowie pod Wodzisławiem Śląskim wciąż jest żywa. Wiąże się ze stojącym tutaj kościołem św. Michała Archanioła. Jednym z dwóch uczestników tamtej wyprawy z 1945 roku jest parafianin Józef Oślizło, który ma dzisiaj 93 lata.

To żech siągnył Przenajświyntsze

Sowieckie czołgi, osłaniane przez piechotę, wtoczyły się do Skrzyszowa 27 marca 1945 roku.

Niemcy utrzymali jednak pagórki za wsią, skąd mieli doskonałe pole ostrzału. Ta śląska wieś stała się więc linią frontu. Sowieci podpalili plebanię, a chwilę wcześniej wyrzucili z niej proboszcza Roberta Wallacha. Bezcenne, wiekowe księgi parafialne poszły z dymem. Proboszcz został z dwiema walizkami. Chciał zabrać z kościoła Najświętszy Sakrament, ale sołdaci nie wpuścili go do świątyni. Wkrótce ze Skrzyszowa została ewakuowana cała ludność. Księdza przygarnęli gospodarze z sąsiedniej Mszany, państwo Parzychowie. Skrzyszowski proboszcz pytał po kolei kilku przesiedlonych mężczyzn, czy wróciliby z nim po Najświętszy Sakrament. Odpowiadali: „Proboszczu, my momy baby i dzieci”. W końcu poprosił o pomoc swojego ministranta Józka Oślizło. 16-latek zgodził się. Proboszcz zapytał też jego mamę, Franciszkę. Choć miała już trzech starszych synów wcielonych do Wehrmachtu i męża aresztowanego przez Sowietów, odpowiedziała: „Niech idzie, bele przidziecie z powrotym”. „Ksiądz na to: »Bydymy sie modlić całom drogom, żeby my zaszli szczynśliwie«. Ale w przepustce było napisane, że idymy po szaty liturgiczne” – wspominał pan Józef w rozmowie z „Gościem” przed kilku laty. Po drodze minęli wiele ciał niemieckich żołnierzy. Wszystkie były bez butów. Przed kościołem czerwonoarmiści przystawili im pepesze do piersi, ale na szczęście przyszedł oficer i pozwolił im wejść do środka. W świątyni stały konie i wozy z amunicją. Między nimi przechadzali się Sowieci, niektórzy, zapewne dla kawału, poubierani w ornaty. „Proboszcz, jak to widzioł, rozpłakoł sie. On był budowniczym tego kościoła” – wspominał pan Józef.

« 1 2 »
oceń artykuł Pobieranie..

Wyraź swoją opinię

napisz do redakcji:

gosc@gosc.pl

podziel się

Reklama

Zapisane na później

Pobieranie listy