Nowy numer 14/2021 Archiwum

Na szczęście nie mam trzeciej ręki

Na swoim ślubie cywilnym Adam był tak pijany, że ledwo się podpisał. – Nie jest tak źle. Ci, co byli przed wami, musieli wnieść pana młodego – urzędniczka pocieszała jego żonę.

Czy taki początek może być zapowiedzią czegoś dobrego? Adam mówi, że udało się tylko dzięki miłości – żony i Pana Boga. Wyrósł w domu, w którym oboje rodzice pili. Mama w ciągach znikała na dni lub tygodnie.

– Moje pierwsze wspomnienie? Okropna awantura w domu, sąsiedzi wezwali milicję. Mieliśmy wtedy psa, który strasznie szczekał na interweniujący patrol. W pewnym momencie jeden z funkcjonariuszy powiedział do taty, że jak nie uspokoi psa, to będzie musiał go zastrzelić. Wystraszyłem się jeszcze bardziej – mówi Adam. Pierwszy raz spróbował alkoholu, gdy miał 10 lat. Podał mu go… ojciec. – Graliśmy z tatą i bratem w karty. I przy tej okazji pierwszy raz piłem herbatę z rumem. Smakowało. Wypiłem i wydawało się, że właściwie nic mi nie jest. Skończyliśmy grę, brat kazał mi wyjść z psem. Wyszedłem na zewnątrz i urwał mi się film. I takie było całe moje picie: zawsze do końca, do nieprzytomności – wspomina. Po tym incydencie miał przerwę od alkoholu. – Miałem prawie 14 lat, kiedy znowu się upiłem, z kolegą brata. Wróciłem do domu i wpadłem do szafy. Mama się zorientowała i zagroziła, że powie ojcu, który akurat był w delegacji. Ale nic się nie stało. Zapomniała. A może gdybym wtedy odczuł jakieś konsekwencje, to wszystko skończyłoby się inaczej – zamyśla się. W szkole zawodowej – jak sam mówi – już w trzeciej klasie nadawał się na odwyk. – Czasem było tak, że piłem wieczorem, rano na rauszu szedłem do szkoły, a na długiej przerwie wyskakiwaliśmy z kolegami po piwo – mówi. Adam wiele razy obiecywał sobie, że będzie inny niż jego rodzice. To samo mówił swojej dziewczynie. – Przedstawił nas sobie mój ówczesny najlepszy kolega. Razem dorastaliśmy, razem piliśmy. Moja żona pochodziła z domu, w którym też był problem alkoholowy. To nas połączyło. Wiedziała, że lubię wypić, ale wierzyła w moje obietnice, że się zmienię – opowiada Adam. Wzięli ślub, pojawiły się dzieci, problem Adama narastał. – Moje życie kręciło się wokół picia. Gdy nie byłem w ciągu, przygotowywałem wszystko do kolejnego. Najczęściej wytrzymywałem tydzień albo dwa. Wtedy zbierałem pieniądze, które miałem przeznaczyć na alkohol. Szedłem np. na zakupy i mówiłem, że wydałem więcej, żeby coś odłożyć. Potem wszystko przepijałem. Moja biedna żona 10. dnia każdego miesiąca musiała brać nasze malutkie dzieci, wsiadać w autobus i jechać 5  km do mojej pracy, żeby odebrać wypłatę, bo wtedy dostawało się do ręki. Jak się spóźniła, to zanim mnie znalazła, często zdążyłem przepić połowę – relacjonuje Adam. Poważny kryzys przyszedł na początku 1997 roku. Konsekwencją alkoholowego ciągu był paraliż lewej ręki. – Trafiłem na trzy tygodnie do szpitala. Żona każdego dnia odwiedzała mnie z obiadem. Uderzyła mnie jej miłość, to, jak o mnie dbała. Myślałem, że jak wyjdę, to nie będę już pił. No i się nie udało. Gdy wróciłem po ciągu do domu, żona postawiła mi ultimatum: „Masz przestać pić” i poszła do pracy. Ale przygotowała mi świeżą koszulę i powiedziała, że gdy wróci, to gdzieś razem pójdziemy. Pomyślałem, że przestanę na dwa może trzy miesiące, aż się wszystko uspokoi w domu i w pracy. Po południu poszliśmy do Klubu Abstynenta – wspomina Adam. Spotkanie zaskoczyło go, ale i wciągnęło. Nie wiedział, skąd taka radość u mężczyzn, którzy odstawili alkohol. Żona zaczęła uczestniczyć w spotkaniach wspólnoty Al-Anon. Zaczął się proces zdrowienia całej rodziny. I powrót do Boga. – Przez pierwszą część mojego życia mieszkałem przy kościele. Ale na Pana Boga się obraziłem, bo mimo moich modlitw nie „naprawił” mi rodziców. Zawiedziony brakiem skuteczności przestałem się w ogóle modlić. Później bogiem stał się alkohol. Kiedy zacząłem trzeźwieć, On sam mnie odnalazł. Pomogła też moja żona. Parę lat temu powiedziała do mnie: „Chodź, chłopku, ze mną na kurs Alpha”. Zgodziłem się i dawno nic mnie tak nie zdenerwowało. Myślałem: „Jacy to głupole”. Potem był Weekend z Duchem Świętym. Zapowiedziałem żonie, że pojadę tylko dla niej. I Duch Święty mnie „pozamiatał”! Doświadczyłem spoczynku w Duchu i to było takie uczucie, że chciałem już na zawsze zostać na tej podłodze – uśmiecha się Adam. Trzeźwy jest od 24 lat. – Każdego dnia proszę Boga, żeby pomógł mi wytrwać 24 godziny. Bo wiem, że one zmienią się w tygodnie, a potem miesiące i lata. Jedną ręką trzymam się Pana Boga, drugą AA i na szczęście nie mam trzeciej, żeby złapać za kieliszek – wyjaśnia.

« 1 »
oceń artykuł Pobieranie..

Wyraź swoją opinię

napisz do redakcji:

gosc@gosc.pl

podziel się

Zapisane na później

Pobieranie listy

Reklama