Nowy numer 25/2021 Archiwum

Ksiądz w piżamie

Z powodu COVID-19 pacjenci ledwie mieścili się na izbie przyjęć w Wodzisławiu. Szpital poprosił więc o czasowe zajęcie kaplicy. Kościół zgodził się. Kapelan nie spodziewał się wtedy, że to on będzie pierwszym pacjentem leżącym w tej kaplicy.

Tak właśnie stało się w przypadku ks. Tadeusza Buczyńskiego, kapelana szpitala w Wodzisławiu Śląskim. Zakaził się prawdopodobnie w czasie posługi chorym, gdy w szpitalu pojawiło się ognisko COVID-19. – Nie miałem gorączki, nie straciłem węchu, ale spadła na mnie ogromna słabość. Była tak wielka, że nie byłem w stanie ani stać, ani leżeć, ani spać. Kto tego nie przeżył, ten tego do końca nie zrozumie – wspomina.

5 listopada proboszcz z parafii św. Herberta zawiózł go do szpitala. Na izbie przyjęć trzeba teraz swoje odczekać na pozytywny lub negatywny wynik testu na COVID-19. Problem w tym, że ks. Tadeusza nie było już gdzie tam położyć. – I tak się stało, że byłem pierwszym pacjentem położonym w naszej kaplicy. Dano mi kroplówki. Czekałem tam przez pół dnia – mówi.

Poślijcie oleje

Stamtąd kapelan został odesłany do leczenia na probostwie. Niestety, po kolejnym dniu jego stan pogorszył się. Czuł, że coś złego dzieje się z jego płucami. Okazało się, że ma bardzo niską saturację, czyli natlenienie krwi. Znów został położony w kaplicy, a stamtąd trafił wprost na OIOM. Po pięciu dniach spędzonych pod tlenem jego stan poprawił się na tyle, że został przeniesiony na oddział covidowy.

Telefonicznie poprosił wtedy księży z parafii św. Herberta o przekazanie mu przez pielęgniarki olejów świętych. – Pytaliśmy, czy ich potrzebuje dla siebie. Okazało się, że dla innych pacjentów – mówi ks. proboszcz Janusz Badura.

W Wodzisławiu księża nie mogą wchodzić na szpitalny oddział covidowy. Ks. Buczyński pomyślał, że skoro już znalazł się wewnątrz, to wykorzysta ten czas jak najlepiej.

Kiedy na oddział przywożono nowego pacjenta, ks. Tadeusz to widział, bo leżał w pierwszej sali. Po chwili szedł więc się przywitać. Ludzie na tym oddziale byli odcięci od bliskich i nieraz czuli się osamotnieni. Nawet zwykła rozmowa była dla nich czymś cennym. A ks. Tadeusz proponował przy tym o niebo więcej: rozgrzeszenie i sakrament namaszczenia chorych. – Z początku ludzie byli zdziwieni, że ten człowiek w piżamie i szlafroku to ksiądz… – wspomina.

Osobom, które dawno się nie spowiadały, ks. Tadeusz pomaga zrobić rachunek sumienia. Jest w wodzisławskim szpitalu kapelanem już od 14 lat. Nieraz w tym czasie pomógł wrócić do przyjaźni z Bogiem ludziom, którzy mieli jakieś uprzedzenia i urazy związane z Kościołem lub księżmi. Często pomagało w tym poczucie humoru. Kiedyś w rozmowie z mężczyzną, który nie spowiadał się od 40 lat, powiedział, że dzisiaj spowiedź u niego wiąże się z promocją. „A na czym ona polego?” – zainteresował się pacjent. „Że dzisiej nie bija” – odpowiedział kapelan. Zwykły żart przełamał lody. – Ten człowiek był tak radosny, że się wyspowiadał, że kiedy szedłem na oddział z Komunią Świętą, już czekał na korytarzu – wspomina.

Wielka podróż

Teraz ks. Buczyński sam był chory. Na covidowym oddziale, na którym leżał, niemal codziennie ktoś umierał. Najczęściej nocami, nad ranem. – Jeśli ktoś ma wątpliwości, czy koronawirus istnieje, powinien popracować dwa dni na takim oddziale jako wolontariusz. Na pewno zmieni zdanie – mówi.

Ks. Tadeusz szczególnie przeżył śmierć młodej kobiety, matki dziecka z jednej z początkowych klas podstawówki. Koleżanki z sali słyszały, jak wieczorem syn opowiadał jej przez telefon, że dostał szóstkę. Pytał też: „Mamusiu, boli cię?”. W nocy ta młoda matka odeszła.

Ksiądz – towarzysz w zmaganiu z chorobą – rozmawiał z tą panią przed jej śmiercią. – Powiedziała: „Czy może się ksiądz ze mną pomodlić?”. Pomodliłem się z nią i pobłogosławiłem – mówi. Nie spodziewał się, że zaopatrzona w to błogosławieństwo kobieta uda się za kilka godzin w wielką podróż.

Innym razem ks. Tadeusz usłyszał dobiegające z innej sali wołanie pacjenta o pomoc. – Za chwilę słyszę, że chodzą aparaty do reanimacji. Poleciałem tam. Udzieliłem sakramentu namaszczenia i odpuszczenia grzechów. Nie uratowali go – mówi.

Ks. Tadeusz udzielił tam namaszczenia chorych siedemnastu osobom. Większość z nich zmarła; stan innych znacznie się poprawił i zostali wypisani do domu. – Niektórzy niepotrzebnie boją się tego sakramentu, bo myślą, że jego przyjęcie wiąże się z końcem ich życia. Tłumaczę, że można go przyjmować wiele razy i jest to sakrament uzdrowienia. Czasami lekarze mówią, że już nie mogą jakiemuś pacjentowi pomóc, a po przyjęciu sakramentu chorych jego stan niespodziewanie poprawia się. Czasami Pan Bóg uzdrawia kogoś fizycznie, czasami tylko duchowo, tak, że ten ktoś na przykład zdąży się pojednać z rodziną – mówi kapelan.

Po pięciu dniach na OIOM-ie i tygodniu na oddziale covidowym ks. Tadeusz został wypisany do domu. – Może akurat byłem tam na ten czas potrzebny? Tego nie wiem, ale wszystko jest po coś – mówi.

« 1 »
oceń artykuł Pobieranie..

Wyraź swoją opinię

napisz do redakcji:

gosc@gosc.pl

podziel się

Zapisane na później

Pobieranie listy

Reklama