Nowy numer 2/2021 Archiwum

2 godziny i 3 sakramenty

Brali ślub w praktycznie pustym kościele. Pan młody musiał się tłumaczyć, że nie modlił się o to.

Poznali się dzięki wspólnej znajomej. – Ja z tego spotkania Mateusza nie pamiętam – śmieje się Aldona Socha. Byli w większej grupie, ale to właśnie ona zrobiła na Mateuszu ogromne wrażenie. Skontaktował się z nią jakiś czas później, a pretekstem był jej wyjazd do Hiszpanii. Zaczęli się spotykać. Później okazało się, że choć różnią się diametralnie, to łączy ich Bóg… i jedzenie.

– Mateusz chciał mieć food truck, którym podróżowałby po świecie i sprzedawał z niego jedzenie. Ja marzyłam o kawiarni – zdradza Aldona. I tak powstało „Niebo w mieście”, oddalone o kilkadziesiąt kroków od sanktuarium Matki Bożej Uśmiechniętej w Pszowie. – Pan Bóg nad nami czuwał i miejsce samo nas znalazło. Chociaż wszyscy nam mówili, że nie ma co otwierać tu kawiarni, bo miasto wymiera, wyprowadzają się stąd ludzie – wspomina Aldona. – Postanowiliśmy spróbować. W tym czasie przeczytaliśmy wywiad z pewnym małżeństwem, które także otworzyło wspólny biznes przed ślubem. Powiedzieli sobie, że to będzie test: jak przez rok dadzą radę z dokumentami firmowymi i organizacją pracy, to znak, że można brać się za poważniejsze rzeczy – jak małżeństwo – śmieje się Mateusz Socha.

Czekolada i droga krzyżowa

Mieli już swoje „Niebo” – połączenie kawiarni i księgarni z wartościowymi tytułami, więc przyszedł czas na oświadczyny. – Nie podobał mi się nigdy ten schemat oświadczyn, że musi być kolacja w restauracji. Wiedziałem, że będę chciał sprawić, że będzie się to łączyło z jakimś ważnym duchowym przeżyciem – wspomina Mateusz. – Wcześniej zapowiedział mi też, że nie dostanę pierścionka (miał być tylko zegarek), chociaż ostatecznie i on znalazł się na moim palcu – dodaje Aldona. Żeby się oświadczyć, Mateusz zapisał siebie i Aldonę na... Ekstremalną Drogę Krzyżową. – Stwierdziłem, że w ten sposób zawsze będziemy mogli powiedzieć, że najgorsze już za nami – uzasadnia wybór. Celem były Piekary Śląskie, jednak parze nie udało się dokończyć trasy. Dojechali na Mszę św. dla uczestników, oboje ledwo przytomni ze zmęczenia. – Ty byłaś tak śpiąca, że bałem się, że zaśniesz, idąc do Komunii – śmieje się Mateusz. – To prawda, ale zapamiętałam, że cały czas się niespokojnie kręciłeś – mówi Aldona. – Widziałam, że coś się dzieje. I w chwili, kiedy Mateusz zebrał się na odwagę, zaczął mówić, dosiadły się do nas koleżanki, które nie mogły uwierzyć, że jednak jesteśmy. Poszły. Mateusz chciał spróbować znowu. W tym momencie podszedł kierownik grupy, żeby powiedzieć, jak cieszy się, że jesteśmy. Kolejna próba poszła na marne. Za trzecim razem, kiedy zaczął mówić, panie w kościele rozpoczęły Różaniec. Było bardzo głośno. To nie były proste oświadczyny – śmieją się oboje. Wyszli z kościoła na spacer po kalwarii. Tam Mateusz zapytał Aldonę, czy zostanie jego żoną, i zamiast pierścionka podarował jej dwie czekolady: białą i różową. Symbolizowały promienie z serca Jezusa Miłosiernego. – Pamiętam, że podzieliliśmy się nimi i zaczęliśmy je jeść. W tym momencie na kalwarię wszedł ksiądz z grupką dzieci i powiedział do mikrofonu: „Pamiętajcie, tu jest kalwaria, miejsce święte. Tutaj się nie je”. Musieliśmy je schować – mówi rozbawiona Aldona.

Wymarzona sala

Przygotowania do wyjątkowego dnia ślubu zaczęły się powoli rozkręcać. Marzeniem była uroczystość, w której najważniejszy jest sakrament, a dopiero potem spotkanie i zabawa. Żadnych współczesnych udziwnień, gołąbków, motyli czy fajerwerków. – Od początku moje stanowisko było jasne: tylko ślub, bez wesela. Nie chcieliśmy długo czekać na tę chwilę, stresować się całą organizacją, wciągnąć się w tę bieganinę, która przesłania najważniejsze: że przed Bogiem stajemy się mężem i żoną – tłumaczy Mateusz. –  Moje nastawienie nie było tajemnicą i kiedy zaczął się czas izolacji, musiałem się tłumaczyć. Serio, parę osób myślało, że to odpowiedź na moje modlitwy o wymarzony ślub – śmieje się. Najpierw planowali pobrać się w grudniu. Jednak plany pokrzyżowały problemy zdrowotne najpierw Aldony, a później jej rodziców. Potem zaczęli się odzywać krewni z zagranicy, którzy chcieli również uczestniczyć w uroczystości. – To spowodowało, że zdecydowaliśmy się na kwiecień – mówi Aldona.

« 1 2 »
oceń artykuł Pobieranie..

Wyraź swoją opinię

napisz do redakcji:

gosc@gosc.pl

podziel się

Polecane filmy

Zapisane na później

Pobieranie listy

Reklama