Nowy numer 42/2019 Archiwum

Dom z widokiem

Pierwszą pacjentką, która zmarła przy wolontariuszce Józefie, była Anna, kobieta po czterdziestce. Mąż Anny zadzwonił do Józefy, że żona chyba chce przy niej odejść. Opowiadamy o tyskiej placówce w jej 25-lecie.

Pracownicy i wolontariusze Hospicjum św. Kaliksta w Tychach wspominają dziś ludzi, którym pomogli przejść na drugą stronę życia. I z którymi często zaprzyjaźnili się na śmierć i życie.

Pacjent Stanisław, leśnik z zawodu i zamiłowania, przyjechał do tyskiego hospicjum z Kobióra na... rowerze. Przed Bożym Narodzeniem wspaniale udekorował swój pokój przyniesionymi z lasu gałęziami iglaków i bombkami. Zrobił też szopkę. Nawet dziennikarze przyszli to dzieło fotografować. – A przecież miał świadomość, że to jego ostatnie święta – wspominają go w hospicjum. Wkrótce potem zmarł.

Janusz odwiedza siebie

Pracownicy i wolontariusze zaprzyjaźnili się też z Januszem. Tego mężczyznę urzekł widok z okna hospicjum na... cmentarz żwakowski w Tychach, obramowany ścianą pięknego lasu. – Wykupił sobie tam miejsce. Później odwiedzał sam siebie, to znaczy wolontariusz woził go na jego własny grób. On chciał być blisko nas. I my teraz, patrząc z okna na ten cmentarz, wspominamy pana Janusza – mówią Ilona Słomian i Józefa Osior, prezes i wiceprezes hospicjum. Obie swoją pracę – jak wiele osób związanych z tą placówką – wykonują społecznie.

To hospicjum powstało w 1993 r. z inicjatywy lekarzy Urszuli Pawlik i Krystyny Boczar, radnego Jerzego Labusa i ks. Engelberta Ramoli. Pierwszą siedzibą zapaleńców, którzy chcieli nieść pomoc umierającym, była salka parafii św. Jana Chrzciciela. Stacjonarną siedzibę na Żwakowie hospicjum ma od zeszłego roku.

Jest tu 16 łóżek dla ludzi w ostatniej fazie choroby nowotworowej. – U nas pacjent nie ma prawa cierpieć. W razie potrzeby podajemy mu leki – słyszymy w placówce.

Lekarze, pielęgniarki i wolontariusze wciąż odwiedzają też chorych w ich domach. Ksiądz kapelan, jeśli jest taka potrzeba, odprawia Msze św. w mieszkaniach pacjentów.

Pierwszym pacjentem, którego przed 20 laty odwiedzała prezes Ilona Słomian, był pan Stefan. – Według diagnozy został mu miesiąc życia. Kiedy zaczęłam do niego chodzić raz w tygodniu, nabrał jakiejś radości życia i żył przeszło rok. U niego nie trzeba było pomagać, ale posiedzieć i wysłuchać. Czekał na te spotkania – wspomina.

Córki trzymają dłonie

Pierwszą pacjentką, która zmarła przy Józefie Osior, była Anna z Tychów, kobieta po czterdziestce. Po powrocie z rodzinnych wakacji zaczęła ją boleć głowa; potem przestała mówić. To był guz mózgu. – Czytałam jej, opowiadałam, a ona słuchała wpatrzona we mnie. Potrafiła mówić... oczami – wspomina.

Stały się sobie bliskie. – Pewnego poranka zadzwonił do mnie jej mąż z pytaniem, czy mogę przyjechać, bo Anna chyba chce przy mnie odejść. Przyjechałam, wzięłam ją za rękę, ona otworzyła oczy – opowiada. Anna miała kochającą rodzinę: męża i dwie córki, studentkę i licealistkę. Dziewczyny trzymały umierającą mamę za ręce.

« 1 2 »
oceń artykuł Pobieranie..

Zobacz także

Ze względów bezpieczeństwa, kiedy korzystasz z możliwości napisania komentarza lub dodania intencji, w logach systemowych zapisuje się Twoje IP. Mają do niego dostęp wyłącznie uprawnieni administratorzy systemu. Administratorem Twoich danych jest Instytut Gość Media, z siedzibą w Katowicach 40-042, ul. Wita Stwosza 11. Szanujemy Twoje dane i chronimy je. Szczegółowe informacje na ten temat oraz i prawa, jakie Ci przysługują, opisaliśmy w Polityce prywatności.

Zamieszczone przez internautów komentarze są prywatnymi opiniami ich autorów i nie odzwierciedlają poglądów redakcji

Polecane filmy

Zapisane na później

Pobieranie listy

Reklama

Sponsorowane

Https://Www.AUTOdoc.PL