Nowy numer 48/2020 Archiwum

Bo życie wyglondo fajnie

Ubodzy i bezdomni idą do Mamy. Domem niektórych są noclegownie. Inni śpią po piwnicach i w kanałach. Ale zdarzają się cuda. Na przykład pan Waldek w zeszłym roku dostał się do noclegowni. Był na pielgrzymce. Po trzeźwe życie. I można było kolejny raz mu zaufać.

Pani Ania Malina-Jaworska, matka pięciorga dzieci, w zeszłym roku w drodze modliła się o mieszkanie. Dostała je po wielu latach nieudanych prób. I mężowi pracę wyprosiła. Dobrą – jak zaznacza. Cała rodzina pielgrzymowała i tym razem. Chciała podziękować i znów przypomnieć się Mamie.

Bo mąż pił

– Teraz szłam w intencji rodzin. Tam, gdzie jest alkohol, żeby żyli bez picia, tak jak my. I w mojej intencji, żebym miała dobre wyniki biopsji. I musza czekać zaś za rok, co się stanie – mówi, wierząc, że zostanie wysłuchana tak, jak chce Bóg, czyli najlepiej. U Mamy poprosiła też bp. Adama Wodarczyka, żeby pomodlił się za rodziny borykające się z alkoholizmem. – Żeby wiedzieli, że można bez picia żyć. Normalnie. Że życie fajnie wyglondo, można się pośmiać, zabawić, że alkohol nie jest potrzebny. I żeby się pomodlił za mnie i za męża. Myśmy się razem modlili, ale gdzieś nam to uciekło i teraz tego nie ma. A ja uświadomiłam sobie, że to dla mnie ważniejsze niż to, żebym miała dobre wyniki biopsji… Pani Ania chwilę przed pielgrzymką wylądowała na pogotowiu. Rwa kulszowa. Lekarz zabronił jej iść, powiedział, że tego nie widzi. Pozwolił inny Lekarz. O mieszkanie prosiła też pani Karina. Sama wychowuje dwoje dzieci. Chciała też, żeby syn trochę się uspokoił i mógł w końcu przystąpić do I Komunii. Mama wysłuchała. Pani Grażyna Chmiel pielgrzymowała z czwórką dzieci. Dwójką swoich i dwójką od znajomych, „adoptowanych” na czas pielgrzymki. Dzieci wychowuje sama. Rozwiodła się, bo mąż pił. – Przede wszystkim modliłam się w intencji byłego męża, żeby wyszedł z nałogu alkoholowego. A także w intencji innych moich znajomych, którzy niestety wpadli w ten nałóg. I o zdrowie dla siebie, dla dzieci – wyjaśnia. – Chciałam też podziękować za wysłuchane modlitwy i prośby sprzed roku. Prosiłam o większą zgodę i zrozumienie w rodzinie i rozwiązanie kilku osobistych spraw. I to wszystko się udało. Jest za co dziękować. Komuś udało się przestać pić, kolejny znalazł pracę, jeszcze inni doczekali się upragnionego dziecka. Mają za co dziękować.

Laćki pielgrzyma

– Oni naprawdę idą załatwiać tam swoje różne ważne sprawy. A wiara, z jaką idą, jest dla mnie bodźcem do osobistego nawracania się – mówi Alina Szulirz, prezes Stowarzyszenia św. Filipa Nereusza, jedna z organizatorek pielgrzymki. To była już druga pielgrzymka ubogich, bezdomnych i tych, którzy się źle mają, na Jasną Górę. Jurą Krakowsko-Częstochowską szli dorośli, rodziny pełne i niepełne, dzieci, młodzież. – Części z nich nawet nie chciałem zabrać, widząc, jakie mają nogi. Pokrzywione, kuleją, chodzą w plastikowych laćkach. Wydawało mi się, że nie są przygotowani do pielgrzymki. Mimo to przeszli – tłumaczy ks. Piotr Wenzel, proboszcz parafii św. Andrzeja Boboli w Rudzie Śląskiej-Wirku i koordynator programu „Światło w familoku”. A jak w drodze proponowano im podwózkę, to odpowiadali: „Tak na co dzień chodzimy, tak chcemy dojść”.

Rozmnożenie chleba

Mamy też bez marudzenia pchały wózki. – Na co dzień z różnymi rzeczami nie potrafią sobie poradzić. Tam radziły sobie w fantastyczny sposób – mówi A. Szulirz. W drodze pomagali sobie nawzajem. Popchać wózek, przywieźć prowiant, podtrzymać tego, który idzie w basenowych klapkach i trudno przejść mu przez górkę. Nikt nie był samowystarczalny i wszystko mieli wspólne: jedzenie, noclegi, picie. Jak w rodzinie. – W pierwszym dniu patrzymy, a jeden pan idzie z ogromną reklamówką, która z każdym krokiem coraz bardziej się rozdzierała. Mimo to początkowo  nie chciał jej oddać do auta wiozącego bagaże. To był cały jego dobytek – mówi ks. Piotr, tłumacząc, że wielu było takich, których bagaż mieścił się w jednej reklamówce. Niezbędne były więc pieniądze na transport, noclegi i jedzenie podarowane przez dobroczyńców. I pomoc pań seniorek, które już od czwartej rano w Rudzie Śląskiej przygotowywały prowiant. Później wolontariusze zawozili go pielgrzymom. Niesamowita rzecz spotkała pielgrzymów już w Częstochowie przy śniadaniu, które było ich ostatnim wspólnym posiłkiem. – Nie zwróciłam uwagi, że poprzedniego dnia bardzo dużo zjedliśmy na kolację. Zostało mało chlebów. Przychodzi śniadanie, poprosiliśmy, żeby się podzielili, żeby każdy zjadł tyle, ile musi, a ci, którzy mają pieniądze, żeby zrezygnowali. I proszę sobie wyobrazić, że ludzie jedli, a myśmy ten chleb rozdawali, rozdawali i nie umieliśmy go rozdać! – mówi z zadowoleniem Alina Szulirz. – Niezwykłość tej pielgrzymki dla mnie polegała na tym, że wędrowali ludzie ubodzy, którym często brakuje tego, co jest potrzebne do życia. Zostawili troskę o dzień jutrzejszy i wyszli. Dlaczego? Bo pociąga ich niebo. Kiedy rok temu mieli do wyboru wakacje pod namiotem nad jeziorem lub rodzinną pielgrzymkę, 95 proc. głosowało za tym drugim. Tyle osób z biedy, ubóstwa, bezdomności chce iść do Matki – mówi ks. Wenzel.

To nie koniec

Na Jasną Górę w czterodniową trasę udało się 101 osób. Towarzyszyło im trzech księży, poza ks. Piotrem byli to ks. Krystian Łagowski i ks. Tomasz Koryciorz, wszyscy związani ze „Światłem w familoku”. Byli i wolontariusze, i siostry zakonne: boromeuszki i te, które na pomaganiu najuboższym znają się najlepiej – siostry miłosierdzia, zwane kalkutkami. Na miejscu spotkał się z nimi bp Adam Wodarczyk. – Pielgrzymi, wyruszając w drogę, wychodzą ku nadziei. Wierzą, że to, co jest dla nich trudne, sytuację, w której się źle mają, to pielgrzymowanie zmieni. Pielgrzymka to zawsze wyjście od i pójście do. I myślę, że to napięcie: „od do” jest tu bardzo duże. Na zwykłej pielgrzymce ludzie mają intencje. Dla ludzi bezdomnych, ubogich tą intencją jest całe ich życie – tłumaczy ks. Piotr. – Znam historie tych osób i wiem, że wielu nie ma doświadczenia w swoim życiu mamy. Dlatego też nie mają wielu innych doświadczeń związanych z relacją, miłością, ukojeniem, bezpieczeństwem. Idziemy do Matki Bożej po to, żeby spojrzeć Jej w oczy i opowiedzieć o swoim życiu. Ona cierpliwie słucha, a potem za rękę prowadzi – dodaje A. Szulirz. Rok temu pielgrzymowali pod hasłem: „Jestem bardzo w rękach Bożych”. To słowa św. Jana Pawła II. W tym roku była ich kontynuacja: „Uczyńmy razem coś pięknego dla Boga”. Tym razem za przewodniczkę służyła bł. Matka Teresa z Kalkuty. Jednak zdziwi się ten, kto myśli, że pielgrzymka dobiegła już końca. Jej uczestnicy na spotkaniach formacyjnych będą spotykać się teraz co 2 tygodnie. Pierwsze mają już za sobą. • Stowarzyszenie św. Filipa Nereusza współpracuje z dziećmi i rodzinami, prowadząc m.in. zajęcia terapeutyczne oraz profilaktyczne. Prowadzi kluby dla dzieci, młodzieży, seniorów. Teraz chce stworzyć centrum rozwoju rodziny, skierowane do osób niezależnie od ich kondycji. – Miejsce jest, projekt też. Pierwsza wpłata, i póki co jedyna, była na zrobienie kaplicy. Wiemy więc, co tam jest najważniejsze – uśmiecha się prezes stowarzyszenia. Więcej o „Nereuszu” i o tym, jak wspomóc jego działania, na: nereusz.pl.

« 1 »
oceń artykuł Pobieranie..

Wyraź swoją opinię

napisz do redakcji:

gosc@gosc.pl

podziel się

Polecane filmy

Zapisane na później

Pobieranie listy

Reklama