Nowy numer 49/2020 Archiwum

Maryja najlepsza w pływaniu

Matka Boża i święty Józef są gorolami. Przynajmniej w przedstawieniu „Bóg się rodzi na Woli”.

Widzowie odnoszą takie wrażenie, bo prawie wszyscy uczestnicy wyjątkowych jasełek, wystawionych na wolnym powietrzu w Woli koło Pszczyny mówią po śląsku. I „po naszymu” informują Józefa i ciężarną Maryję, że naprawdę nie mogą ich przyjąć w swoich domach, bo „ni ma kaj” i „nawet nasze dziołszki śpiom w kuchni”. – Dzisioj? W Wilijo? Wy szukocie noclegu? Aleście se łobrali pora na szpacery? – komentuje jedna z kobiet. – Wilijo, a ludziska łażom i łażom! – dziwi się druga.

A ponieważ Maryja i Józef posługują się literacką polszczyzną, podobnie jak przechodzący wcześniej przez wieś żebrak, widok Ślązaków, którzy nie chcą przyjąć Jezusa, robi wstrząsające wrażenie. To nie jest historia o starożytnych mieszkańcach Betlejem, którym skamieniały serca. To są jasełka o nas.

O to, czy Święta Rodzina w tym przedstawieniu to gorole, zapytaliśmy Urszulę Urbańczyk, katechetkę, autorkę scenariusza i reżysera jasełek „Bóg się rodzi na Woli”. – Bingo! – śmieje się Urszula. – Chciałam pokazać, że na Śląsku jest wiele dobra, ludzie się ze sobą dzielą, jeden drugiemu pomaga. Ale nie wiem, jak by to było, kiedy podłogi są wypastowane, obrusiki wykrochmalone, ryby zabite, świeczki na choince, wszystko wyglancowane. Czy wtedy byśmy Go przyjęli? Czy nie, boby nam zrujnował porządek tego dnia, ten nasz ordnung? Może też szukalibyśmy kogoś, kto przyjąłby Go za nas, uspokajając swoje sumienie przez wręczenie kawałka chleba? A jednak zawsze się znajdzie jakaś Weronika – komentuje.

« 1 2 »
oceń artykuł Pobieranie..

Wyraź swoją opinię

napisz do redakcji:

gosc@gosc.pl

podziel się

Polecane filmy

Zapisane na później

Pobieranie listy

Reklama