Nowy Numer 38/2020 Archiwum

Ulga po wyroku w Bytomiu

Precz z ideologią, według której państwo lepiej wychowa dzieci, niż rodzice. Zwłaszcza niż rodzice imigrantów.

Wyrazy uznania dla sędzi Ludmiły Lampert z Bytomia. Miała odwagę wybrać dobro dzieci. Odrzuciła żądania niemieckiej instytucji, przeżartej lewicową ideologią, według której państwo lepiej wychowa dzieci, niż rodzice.

Niemiecki Jugendamt, czyli Urząd ds. Młodzieży, od lat kieruje się w swoich decyzjach rasizmem. Po rozwodzie Niemca lub Niemki z cudzoziemcem, konsekwentnie popiera w sporach między byłymi małżonkami stronę niemiecką. Nawet, jeśli tata Niemiec nigdy dotąd nie interesował się swoim dzieckiem – jeśli tylko tego zażąda, dziecko zostanie wydarte matce, która jest Polką, i przekazane ojcu. Po rozwodzie z Niemcem Jugendamty zabraniają polskim rodzicom nawet rozmawiać z dzieckiem po polsku w czasie odwiedzin. To zresztą nie tylko problem Polaków. Parlament Europejski jest zawalony petycjami rodziców z większości państw Europy. To petycje pełne żądań, by Europa zrobiła coś z Jugendamtem - instytucją, która nie została rozwiązana po wojnie, choć była przeżarta ideologią nazistowską. Cudzoziemscy rodzice mogą sobie jednak żądać – Niemcy są najsilniejszym krajem UE i mogą ich lekceważyć.

Oprócz sprawy rasizmu, jest jeszcze wątek „złej sytuacji materialnej”. Właśnie ona była formalną przyczyną odebrania Daniela i Dawida, 3- i 5-letnich dzieci małżeństwa z Bytomia, które mieszkało w Niemczech. Dzieci mówią tylko po polsku, ale urzędnicy Jugendamtu mieli to gdzieś, gdy zabierali ich do domu dziecka. Dla nich liczy się tylko lewicowa ideologia, według których dziecko należy do państwa. Rodzicom można dziecko odebrać z błahego powodu, albo i na wszelki wypadek - jeśli urzędniczce rodzice wydadzą się jacyś tacy dziwni. To akurat jest problemem nie tylko Niemców. Jeszcze bardziej brutalnie taką politykę wobec dzieci i ich rodziców stosują Szwedzi i Norwedzy. Europejski Trybunał Praw Człowieka w Strasburgu regularnie skazuje dziś państwo szwedzkie na płacenie wysokich odszkodowań rodzicom, którym pochopnie odebrano dzieci. Ale co z tego, skoro te sprawy ciągną się po 20 lat? Przecież rodzice skarżąc się kolejnym sądom, chcieli odzyskać swoje dzieci, a nie zdobyć odszkodowanie. Teraz ich dzieci są już dorosłe, ale po przejściu przez kilkanaście rodzin zastępczych prawie zawsze zmagają się z poważnymi problemami emocjonalnymi.

Problem w tym, że Polska jest zapatrzona w skandynawskie wzorce. Nasi posłowie wprowadzili do ustawy o przeciwdziałaniu przemocy w rodzinie zapisy, które idą właśnie w „skandynawskim” kierunku i ułatwiają kontrolę państwa nad rodziną. Już dzisiaj w Polsce zdarza się, że dzieci są odbierane rodzicom nie ze względu na przemoc, ale właśnie „złą sytuację materialną”. Jeśli trafi się nadgorliwy urzędnik socjalny (a w każdym zawodzie nadgorliwi się trafiają), uznaje, że grzyb na ścianie jest dla dzieci bardziej szkodliwy, niż brak doświadczania miłości, emocjonalne osamotnienie i przemoc w domach dziecka. Na razie takie straszne historie dotykają Polaków słabo wykształconych, nieco niezaradnych, którzy nie wiedzą, jak walczyć na drodze prawnej o swoje dzieci. To właśnie jest pierwszy etap zakorzeniania się w Polsce ideologii, według której za dzieci odpowiada państwo, a nie rodzice.

Ale może jeszcze nie wszystko stracone, dopóki są sędziowie, którzy kierują się dobrem dziecka, a nie ideologią. Może w Polsce nastąpi jakieś otrzeźwienie, odbicie dominującego dziś trendu w drugą stronę? Oby więcej było w Polsce sędziów takich, jak Ludmiła Lampert z sądu rodzinnego w Bytomiu.

 

Przeczytaj też informację: Dawid i Daniel uratowani

« 1 »
oceń artykuł Pobieranie..

Wyraź swoją opinię

napisz do redakcji:

gosc@gosc.pl

podziel się

Polecane filmy

Zapisane na później

Pobieranie listy

Reklama