• facebook
  • twitter
  • YouTube
  • rss
  • Krwawa fala 1997

    Przemysław Kucharczak Przemysław Kucharczak

    dodane 07.07.2017 10:54

    - Słuchaliśmy ryku wody, która ocierała się o dom i do rana w czwórkę odmawialiśmy Różaniec - wspomina Gerard Kosorz z Raciborza. W 20. rocznicę gigantycznej powodzi w dorzeczu Odry przypominamy poświęcony jej, archiwalny tekst "Gościa" z 2007 roku. Na dalszych stronach - zdjęcia.

    To, co działo się w lipcu 1997 r. nad Odrą, nie mieściło się w głowie nawet specjalistom od gospodarki wodnej. – Pamiętaliśmy wielką powódź z 1985 r. Ale wtedy woda płynęła równo z tamtą jezdnią – Józef Klepacz, dyrektor raciborskiego inspektoratu Regionalnego Zakładu Gospodarki Wodnej, pokazuje ulicę biegnącą wzdłuż Odry. – Tymczasem 7 lipca 1997 r. wody było tu jeszcze o 2,5 metra więcej! – mówi. Masy wody przykryły wodowskazy i płynęły ponad nimi.

    Zaczęło się od wielkich opadów w dorzeczu Odry. W cztery dni spadło więcej deszczu, niż wynosi średnia roczna.

    Jak bomby atomowe

    Gerard Kosorz mieszka w Raciborzu pomiędzy Odrą a kanałem Ulgi. Trochę wody pojawiło się tam 7 lipca już około godziny 14.00. Do akcji ruszyli strażacy. – Chcieliśmy z sąsiadami zabezpieczać workami z piaskiem okienka piwniczne... – wspomina tamtą chwilę Gerard Kosorz. – Ale wtedy jeden starszy strażak odpowiedział: „Co??! Ludzie, wy wynoście meble z parteru na piętro!”. Nie uwierzyliśmy mu – wspomina.

    Kosorze wypili spokojnie z córką i zięciem kawę. Wreszcie bez pośpiechu wynieśli na górę pierwszą meblościankę. Więcej nie zdążyli. – Próbowałem jeszcze odkręcić pralkę. Proszę córkę: „Przynieś z piwnicy klucz dziesiątkę”. Ale piwnica już była zalana – mówi pan Gerard. Drogą płynęła pierwsza fala brudnej wody. Niosła belki, śmieci, wielkie beczki, toczyła po dnie wyrwane z drogi kamienie.

    Sąsiad Kosorzów właśnie wracał z pracy. Podchodził do domu, widział żonę w oknie. I wtedy fala go zniosła. Dotarł do budynku pobliskiego baru. Resztę dnia i noc przesiedział tam na barowej ladzie z kilkoma innymi rozbitkami.

    To była najstraszniejsza noc w życiu dla tysięcy ludzi nad Odrą. – Z sąsiadami dawaliśmy sobie znaki świeczkami, że jesteśmy, że jeszcze żyjemy – mówi Gerard Kosorz. Zaczął się naprawdę bać, gdy z parapetów odpłynęły doniczki. Powyżej parapetów jego dom miał słabszą zaprawę, którą mogła wymyć woda, rycząca pod oknem.

    «« | « | 1 | 2 | 3 | 4 | 5 | » | »»

    TAGI: ODRA, POWÓDŹ

    oceń artykuł

    Zobacz także

    Komentowanie dostępne jest tylko dla .

    Reklama

    Zapisane na później

    Pobieranie listy

    Reklama

    przewiń w dół