• facebook
  • twitter
  • YouTube
  • rss
  • Kto chciałby takiego towarzystwa?

    Joanna Juroszek

    |

    Gość Katowicki 25/2017

    dodane 22.06.2017 00:00

    – Tu odpoczywa nasze mleko na śniadanie – mówi Jacek, wskazując na krowę o sympatycznie zblazowanym spojrzeniu. – A tu odpoczywa nasz obiad – uśmiecha się Piotrek, pokazując dwie świnie. Panowie, panie, jesteśmy w śląskim Cenacolo.

    Jest piękna czerwcowa środa. Soczysta trawa równiutko skoszona, w tle świergoczą ptaki, ktoś wygląda przez okno, ktoś zamiata podwórko. – Szczęść Boże! – Szczęść Boże! – wymieniamy pozdrowienie z jednym z chłopaków. – Zaraz zawołam Jacka.

    Układ z Bogiem

    Przychodzi Jacek i kieruje do najważniejszego miejsca – do kaplicy. Centralną jej część, tuż obok tabernakulum, w którym mieszka Jezus, zajmuje drewniana figura Chrystusa na krzyżu. Jego ręce i nogi do drewna przywiązano prawdziwymi sznurami. Pod ołtarzem słowo życia i sigla z czytań dnia zapisane w języku włoskim. „Benedetto sei Tu, Dio Misericordioso, e benedetto è il Tuo nome nei secoli” (Błogosławiony jesteś, miłosierny Boże, i błogosławione Twoje imię na wieki) – czytamy w Księdze Tobiasza.

    Jacek ze Szczecina, we wspólnocie Cenacolo od 8 lat, i Piotrek z Częstochowy z 4,5-letnim stażem opowiedzą, jak te słowa sprawdzają się w praktyce.

    Siadamy w ufficio, czyli w biurze. Ktoś przynosi nam kawę i czekoladki. – Grazie. – Prego. Prawie jak w słonecznej Italii. Bo włoski to język urzędowy tej międzynarodowej wspólnoty dla uzależnionych od narkotyków.

    Jej siedzibę znaleźć można w górskim Saluzzo w Piemoncie. Matką założycielką jest 80-letnia dziś charyzmatyczna siostra Rita Agnese Petrozzoni, zwana Matką Elvirą. Choć chłopaki w Krzyżowicach, wsi koło Jastrzębia-Zdroju, mówią po polsku, słowo Boże czytają i zapisują po włosku. W tym samym języku dzielą swoje codzienne obowiązki. Kawę, którą właśnie pijemy, Cenacolo otrzymało od dobrych ludzi. Wspólnota niczego nie kupuje. Wszystko, co ma, to owoc pracy ich rąk lub dar drugiego człowieka.

    – Elvira poszła z Bogiem na układ: „Ja tym chłopakom wskażę drogę do Ciebie, a Ty się zaopiekuj”. Myślę, że dla Pana Boga to był dobry argument. Niczego we wspólnocie nam nie brakuje – przyznaje Jacek. – Elvira nauczyła nas tego, że mamy ręce, którymi możemy czynić dobro. Możemy pochylić kręgosłupy, wsadzić nasze ręce w ziemię i coś zrobić. Wykonać jakąś pracę. Najważniejsze, żeby po wyjściu z kaplicy modlitwę przenieść na nasze życie. Wszystko, co robimy, jest modlitwą. Wspólnota pracę traktuje jako dar od Pana Boga.

    Chłopaki sami hodują zwierzęta, sami uprawiają ziemię, sami remontują swoje domy. – Wcześniej mieliśmy służących – rodziców, którzy za nas sprzątali, prali, gotowali... Tu uczymy się współodpowiedzialności. Ktoś w tej chwili sprząta, ktoś gotuje, ktoś zajmuje się zwierzętami – mówi Jacek. – Wcześniej często brakowało nam pieniędzy, narkotyków, zgubiliśmy priorytety, nie mieliśmy co jeść. Wszystko, co teraz mam, to jest nadwyżka. Nie mówię, że nie ma soli, cukru, kawy, że czegoś mi brakuje. Bo to, że brakuje, to też działanie Opatrzności. Możemy przez to zobaczyć, ile Pan Bóg każdego dnia nam ofiaruje. Bóg pokazuje nam, gdzie są nasze priorytety: czy są nimi modlitwa, drugi człowiek, czy pełny brzuch – opowiada.

    – Nic nie kupujemy. Ufamy Panu Bogu w 100 procentach. Wiele razy mamy za dużo i dzielimy się tym z innymi, nie gromadzimy zapasów. Często z premedytacją oddajemy lepsze rzeczy, a później Pan Bóg nam to wraca. On widzi też nasze zachcianki. Oczywiście, nie wyprodukujemy sobie lodów, ale przecież ktoś z natchnienia Ducha Świętego może nam je przynieść... Wtedy naprawdę w domu jest święto – uśmiecha się.

    «« | « | 1 | 2 | 3 | » | »»
    oceń artykuł

    Zobacz także

    , aby komentować lub podaj nazwę wyświetlaną
    Gość

      Reklama

      Zapisane na później

      Pobieranie listy

      Reklama

      przewiń w dół