- Chciałbym, żebyśmy pomyśleli, jakiego świata chcecie. Takiego, w którym lekarstwem na krzyż są ucieczka, zdrada, zadanie śmierci? Czy taka jest droga do rozwiązywania krzyży? Jezus chce nam pokazać, sam się na to zdecydował, że bierze krzyż na swoje ramiona, dźwiga go do końca. Chce nam powiedzieć, że Jego lekarstwem na śmierć jest życie - mówił abp Andrzej Przybylski.
Metropolita katowicki przewodniczył wielkopiątkowej liturgii w parafii Najświętszego Serca Pana Jezusa w Mysłowicach. W swoim słowie podkreślił, że słuchając opisu męki Pańskiej z Ewangelii św. Jana, wielu może odnieść wrażenie, że to ludzie górowali nad Chrystusem. - To ludzie wydali Jezusa. To ludzie przeprowadzili sąd nad Jezusem i orzekli, że trzeba go zabić. To nie kto inny, tylko ludzie krzyczeli: "Ukrzyżuj Go!". I oni zdecydowali, żeby na głowę Jezusa założyć koronę z cierni, wyśmiać Boga, złożyć na Jego barki ciężki drewniany krzyż. W końcu to ludzie zdecydowali i zabili Jezusa. Poczuliście może, że my byliśmy dzisiaj pośród tych ludzi? Podczas czytania tej męki wspólnie wołaliśmy: "Ukrzyżuj Go! Mamy prawo. Nie chcemy Boga, nie chcemy wiary w Niego" - nawiązał do faktu, że tego dnia do odczytania kwestii tłumu z Ewangelii zaproszeni byli wszyscy wierni obecni podczas liturgii.
Lekarstwo na śmierć
Abp Przybylski podkreślił, że wrażenie o wszechmocy panowania człowieka nad losem Boga jest złudne. - Bo gdyby Jezus tego nie chciał, gdyby nie widział w tym jakiegoś dobra, nigdy by się to nie wydarzyło. To On zdecydował. Zanim jakikolwiek człowiek zdecydował, żeby zabić Boga, to najpierw Bóg zdecydował się oddać życie za każdego i każdą z nas, za te wszystkie trudne sytuacje - przypomniał. - Od ludzkiej strony człowiek naturalnie ucieka od krzyża. Nie chcemy cierpieć, nie chcemy umierać. Szukamy przyjemności, żeby tylko nie było trudno. Robimy wszystko, żeby nie było wysiłku. Przecież tak naprawdę większość naszych grzechów popełniamy dlatego, że jest łatwiej. Łatwiej jest ukraść niż pracować, łatwiej jest skłamać niż powiedzieć prawdę. Łatwiej jest zdradzić niż być wiernym - wymieniał metropolita.
Arcybiskup przypomniał, że w codzienności powinniśmy pamiętać, iż "życie jest krzyżem", który "po prostu trzeba wziąć w ręce i dźwigać". - Ono wymaga wysiłku, przekraczania siebie, pokonywania przeszkód. Co z tymi krzyżami zrobić? Uciec przed nimi? A może Jezus, który decyduje się wziąć krzyż, chce ci powiedzieć: "Nie uciekaj przed tym. Ja ci pomogę to przepracować. Ja ci dam siłę, wzmocnię ci plecy, żebyś te swoje krzyże udźwignął aż do życia wiecznego". To jest odpowiedź Jezusa na nasze krzyże. Nie uciekać od krzyży, nie udawać, że ich nie ma i nie będzie, ale je brać, wchodzić w cierpienie, nie bać się śmierci. To jest możliwe, bo to pokazuje nam Jezus na drodze krzyżowej - mówił.
Metropolita katowicki nawiązał także do dwóch medialnych doniesień. Pierwszego o młodej dziewczynie z Hiszpanii, która doświadczyła w życiu przemocy i wykorzystania. Próbowała odebrać sobie życie, jednak przeżyła. Efektem tej próby był paraliż. Hiszpanka walczyła w sądzie o prawo do eutanazji. - Czy tak byście chcieli, żeby ludzie, a zwłaszcza wasi bliscy, tak rozwiązywali swoje problemy? Czy lekarstwem na nasze cierpienia ma być samobójstwo? - pytał abp Przybylski. W kontraście przywołał historię kleryka z Brazylii, który umarł na raka nerki. - Wiecie, co ten młody chłopak napisał w swoim testamencie? Że dziękuje Bogu za cierpienie. Za to, że w tym cierpieniu wytrwał, że nie uciekł, że to cierpienie nie zatwardziło jego serca, tylko otwarło go na łaskę - mówił. - To są dwa różne życiorysy i dramaty. Nie chcę, żebyśmy oceniali tych ludzi, bo nie wolno nam oceniać takich czy innych konkretnych postaw. Ale chciałbym, żebyśmy pomyśleli, jakiego świata chcecie. Takiego, w którym lekarstwem na krzyż są ucieczka, zdrada, zadanie śmierci? Czy taka jest droga do rozwiązywania krzyży? Jezus chce nam pokazać, sam się na to zdecydował, że bierze krzyż na swoje ramiona, dźwiga go do końca. Chce nam powiedzieć, że Jego lekarstwem na śmierć jest życie - przekonywał.
Uwierzcie w krzyż
Na koniec abp Przybylski przywołał historię księdza, który - wypalony w swoim kapłaństwie - postanowił dać sobie ostatnią szansę: pojechał do Matki Teresy z Kalkuty. - Ona się uśmiechnęła i powiedziała do niego: "Księże, niech ksiądz wraca na swoją parafię. Niech ksiądz nie ucieka od swoich krzyży. Dam księdzu tylko jedną radę: jak się ksiądz obudzi, to pierwsze, co niech ksiądz robi, to całuje krzyż. Zanim ksiądz pójdzie myć zęby, zanim zmówi poranny pacierz, niech na biurku przy łóżku trzyma ksiądz krzyż i niech zaczyna każdy dzień od całowania krzyża".
Ksiądz był rozczarowany. "Dostał kosza" od świątobliwej zakonnicy. Zamiast uciec od swoich obowiązków, powołania i problemu, ta zakonnica kazała mu wrócić tam, gdzie przecież już nie wytrzymywał - opowiadał metropolita katowicki. Mimo zniechęcenia kapłan jednak postąpił za radą Matki Teresy. - Na początku jakby się nic nie zmieniało. Problemy zostawały problemami, ale któregoś ranka się obudził i znowu pocałował krzyż. I poczuł się jakoś inaczej, jakby jakieś nowe siły wstąpiły w niego. Przypomniał sobie swoje obowiązki, trudnych ludzi w parafii, te trudne rzeczy, które go czekały. Ale tamtego dnia one go wcale nie przeraziły, wcale nie wydały się takie nie do uniesienia. Wręcz przeciwnie. Zaczął chwalić Boga za swoje problemy. Wstał, wchodził w nie i zaczął je rozwiązywać. I szybko odbudował swoje kapłaństwo. Na nowo je pokochał. Pokochał swoją parafię, pokochał swój Kościół takimi, jakie one były. Za chwilę będziemy całować krzyż. Uwierzcie w krzyż - prosił wiernych. I zachęcił, by zamiast porzucać swoje życiowe krzyże, razem z Jezusem je ucałowali. - A Bóg da siłę i pomoże największe nawet życiowe krzyże, nasze krzyże, jeśli nie rozwiązać, to udźwignąć - zapewnił.