Nowy numer 5/2023 Archiwum

Ślązak z sawanny

Zabijał jadowite węże, uczył czytać dzieci i dorosłych, budował kaplice i przychodnie dla najbiedniejszych Afrykanów. Docierał z Eucharystią do wiosek, do których nie dojeżdżały samochody. To o. Tomasz Laskowski z Rybnika.

Jest misjonarzem werbistą. Przez 16 lat pracował w najbiedniejszych, uważanych za najniebezpieczniejsze regionach Afryki – w Demokratycznej Republice Konga i w Czadzie. Wrócił na Śląsk, żeby zaopiekować się rodzicami. Mieszka i pracuje w parafii Królowej Apostołów w Rybniku.

Ma 49 lat. Pochodzi z rybnickiej dzielnicy Kamień. – Od zawsze marzyłem o Afryce. Chciałem coś robić dla jej mieszkańców, pracować z nimi. Dopiero później, w czasach oazowych, zacząłem to łączyć z wiarą. Zaczęło mnie pociągać życie zakonne i tajemnica poznawania Boga – wspomina.

Skończył rybnickie Technikum Górnicze. Pół roku przed maturą towarzyszył swojej siostrze w wyprawie na sylwestra w północnej Polsce. Po drodze zajrzeli do klasztoru werbistów w Pieniężnie, bo siostra była tam kiedyś na obozie wędrownym. – Gadaliśmy z tymi werbistami jak ze znajomymi, wręcz jak w rodzinie. Nie wychwyciłem u nich żadnego żargonu kościelnego, jakiegoś sztucznego języka, sztucznej intonacji. Zachowywali się naturalnie, jak normalni ludzie. Ta prostota mnie do tego zgromadzenia pociągnęła – wspomina. – Niedługo pojechałem tam jeszcze raz: oddać papiery. Mamie nic nie powiedziałem, ale potem się okazało, że przeczuwała, jak to matka – śmieje się.

Werbista przyjmujący jego dokumenty wyliczył warunki, pod którymi przyjmowani są kandydaci do zgromadzenia. – Jeden z najważniejszych jest taki, że musisz być gotowy jechać na misje tam, dokąd cię poślą. Jak to usłyszałem, na chwilę mnie zastopowało, bo ja przecież zawsze marzyłem o Afryce. Ale powiedziałem: „No dobra. Jak tak ma być, to się zgadzam”. Pomyślałem, że Pan Bóg wie, co dla mnie dobre i gdzie Mu będę potrzebny – wspomina.

Jakie zamieszki?

Okazało się, że zgromadzenie posłało go właśnie do Afryki. 15 lat spędził na misjach w Demokratycznej Republice Konga. To miejsce uważane za jedno z najniebezpieczniejszych na świecie. Niewielu białych ma odwagę tam mieszkać ze względu na pustoszące kraj zbrojne rebelie i działania partyzanckie. – Pracowałem na misjach w zachodniej części kraju, gdzie nie ma cennych minerałów i dlatego panuje tam spokój. Zwykle nie było zasięgu, więc dzwoniłem z Konga do domu tylko dwa razy w roku. Rodzice pytali wtedy, jak sytuacja, bo w telewizji słyszeli o zamieszkach. Gdy mówiłem, że nic takiego u mnie nie ma, to mi nie wierzyli – śmieje się o. Tomasz.

Na pierwszą misję trafił do miasteczka Kenge. Każdy z trzech misjonarzy był tam odpowiedzialny za 30 wiosek w okolicy. Ojciec Tomasz często przebywał aż 90 km od centrum misji. – Nawet gdyby jacyś rebelianci zabłądzili do tego miasteczka, to w tym miejscu nigdy by mnie nie znaleźli, bo tam żadne samochody nie docierają – mówi.

Właściwie to prawie żadne, a „prawie” robi wielką różnicę. Wyżłobione w sawannie drogi, które tam prowadziły, teoretycznie nie nadawały się do przejazdu samochodu. – Mój współbrat o. Willy, Niemiec, który był tam już od 40 lat, nauczył mnie jednak tak prowadzić samochód, żeby mimo wszystko przejechać... Gdy w porze deszczowej pół drogi jest wypłukane, to łopatą wystarczy zwalić brzegi. Albo jak droga jest całkiem zawalona, można wyciąć z boku kilka drzewek, żeby stworzyć swoją własną drogę i objechać przeszkodę górą. Na przejechanie 30 km trzeba całego dnia, a 90 km nieraz pokonywaliśmy przez dwa dni – wspomina.

Ksiądz z maczetą

Ojciec Willy nauczył też Ślązaka troski o całego człowieka. – Człowiek jest z ciała i duszy, więc trzeba się troszczyć o wszystko. Nie możesz się zajmować duszą, jeśli się nie zatroszczysz o ciało, i odwrotnie. Dlatego poza tym, że przyjeżdżaliśmy odprawiać Mszę św., robiliśmy różne akcje dla tych ludzi. Uczyliśmy ich lepszych technik uprawy albo nawet zawoziliśmy do wiosek prawników, żeby nie dawali się oszukiwać przez lokalne władze. Organizowaliśmy im warsztaty rzemieślnicze ze stolarstwa albo zakładania stawów hodowlanych. Co nam przyszło do głowy, że może się przyczynić do rozwoju dla tych ludzi, to robiliśmy. Wtedy zawsze jeździliśmy samochodem, bo trzeba było zawieźć tego inżyniera albo prawnika oraz różne pomoce, takie jak rzutnik i agregat prądotwórczy. Woziliśmy też łopaty i taczki, żeby budować w wioskach kaplice albo centra zdrowia, czyli małe przychodnie – wylicza.

Ojciec Tomek nauczył kiedyś czytać grupę dzieci. Ku zdumieniu rodziców, którzy wcześniej twierdzili, że ich dzieci nie są inteligentne, po trzech miesiącach nauki ci młodzi czytali już słowo Boże w kościele. Po tej udanej akcji misjonarz uczył też czytania nauczycieli, bo oni też tego nie umieli.

Którejś nocy w swoim pokoju przygotowywał kazanie na następny dzień. Nagle zobaczył węża na ścianie. Poszedł po stróża, który zabił węża maczetą i ocenił, że to gatunek śmiertelnie jadowity. – Położyłem się, ale nadal słyszałem szuranie. Myślałem, że to chyba z nerwów. Po półgodzinie poszedłem o tym powiedzieć stróżowi, a on: „Jak coś szura, to musi być drugi wąż”. Zaczęliśmy przestawiać rzeczy w moim pokoju i znaleźliśmy go – mówi.

Innym razem usłyszał szelest przed domem. Okazało się, że to wąż, pewnie szukający kur. – Przejąłem od miejscowych przekonanie, że jak zaraz węża nie ubijesz, to on pozostanie w okolicy i następnym razem może ci zagrozić. Byłem tylko w klapkach, ale odważyłem się uderzyć maczetą. Udało mi się go trafić kilka centymetrów za głową. Kamień spadł mi z serca. Następnego dnia parafianie spytali: „Ojcze, gdzie się uczyłeś zabijać węże? Zrobiłeś to tak jak my” – śmieje się.

10 żon

Wiele razy widział, jak Pan Bóg dotyka serc Afrykanów. Tak było choćby u Djeli, kapitana policji, człowieka, który z racji swojej funkcji potrafił być surowy. Wyznaczał podwładnych do zabezpieczania organizowanych przez werbistów wydarzeń. – Kapitan pochodził z plemienia Tetela, w którym panuje tradycyjne wielożeństwo. Miał 10 żon i 110 dzieci. Miał harem, wielką zagrodę, w której każda z jego żon miała domek – mówi o. Tomek.

Kapitan przyglądał się pracy werbistów. Widział, że robią coś dobrego, mówią ludziom o Panu Bogu, pomagają, organizują nawet rozdawanie jedzenia w więzieniu. – Zaczął chodzić do nas do kościoła i dużo się modlić przy grocie. W pewnym momencie miał takie objawienie, że musi zostawić te wszystkie żony i poślubić jedną. I teraz: którą? – opowiada misjonarz. – Miał nawet przez chwilę pomysł, że wszystkie odprawi, a weźmie inną, żeby mieć ślub kościelny... Powiedzieliśmy mu, że nie może tych żon odprawić, bo wziął za nie odpowiedzialność, no i są też dzieci. Zgodził się. Wybrał swoją pierwszą, główną żonę i był jej wierny, ale nadal troszczył się o wszystkie pozostałe. Djela przeszedł wielki rozwój w wierze. Zaczął też przeznaczać dużo swoich pieniędzy na pomoc ludziom – wspomina o. Tomasz.

Ojciec Laskowski przez rok pracował też w Czadzie. Kiedy jego mama zapadła na nowotwór, po 16 latach w Afryce wrócił na Śląsk, żeby się nią zaopiekować. Uważa to za wielkie szczęście, że mógł z nią być w ostatnich miesiącach jej życia. Kiedy zmarła, postanowił jeszcze zostać, żeby być blisko taty i mu pomagać. Można go spotkać w parafii ojców werbistów w Rybniku, prowadzi też katechezę w anglojęzycznej szkole podstawowej w Rybniku.•

« 1 »
oceń artykuł Pobieranie..

Wyraź swoją opinię

napisz do redakcji:

gosc@gosc.pl

podziel się

Reklama

Zapisane na później

Pobieranie listy