Nowy numer 21/2022 Archiwum

Życie w jednej walizce

Oksana z dwoma małymi synami uciekła przed wojną do Czyżowic koło Wodzisławia Śląskiego. Przez 2,5 doby stała w samochodzie na granicy. Jej mąż Anatolij został, żeby bronić Ukrainy.

Tysiące uchodźców wojennych w ciągu kilku dni dotarły na Śląsk. W większości to kobiety i dzieci. Aby pomagać im w ewakuacji, zaraz po agresji Rosji trzy doby na granicy spędził Andrzej Strączek z Czyżowic pod Wodzisławiem.

Przyjaźni się on z wieloma Ukraińcami, bo z żoną Gabrysią od ponad 20 lat jeździł do nich pomagać w Kościele rzymsko- i greckokatolickim w prowadzeniu ewangelizacji. A przyjaciół w potrzebie się nie zostawia... Z pomocą przyszli też śląscy przyjaciele Strączków z katolickiej wspólnoty Kahal z Czyżowic, zapraszając Ukraińców do swoich domów na terenie całego powiatu wodzisławskiego. Rozmawialiśmy z uchodźcami w Ośrodku Kultury w Czyżowicach, gdzie są organizowane zajęcia i zabawy dla ukraińskich dzieci.

Wzięły zdjęcia koleżanek

Natalia Garnyk ewakuowała się z dziećmi z miasteczka Krasiłów, w połowie drogi między Lwowem a Kijowem. Nad ranem w dniu agresji Rosji obudził ją odgłos przypominający wybuch. – W całej Ukrainie dywersanci próbowali wtedy atakować lotniska. A ja pomyślałam, że może ktoś uderzył w jakieś żelazo, i znowu zasnęłam. Straciłam przez to cenny czas – wspomina Natalia.

Jej mąż Rusłan, dentysta i prezes polskiego stowarzyszenia, był wtedy w Polsce. Zadzwonił i poprosił: „Bierz dzieci i wyjeżdżajcie”. – Stanęłam przed szafą, zastanawiając się, jak zapakować swoje życie do jednej walizki. Czego naprawdę w życiu potrzebuję. Okazało się, że sukienki, bluzeczki, obcasy to w ogóle nieważna rzecz w moim życiu. Nawet kosmetyków nie brałam – mówi.

Patrzyła, jak pakują się jej dzieci – 18-letnia Jolanta, 17-letnia Krystyna i 14-letni Artem. – Dziewczyny zabierały zdjęcia koleżanek, jakieś ciuchy i kolczyki. Syn wziął dwie myszki od komputera, bo dla niego to cenne – mówi. Ich ewakuacja do Polski poszła bardzo sprawnie, zajęła tylko 30 godzin. W Czyżowicach opiekują się też dziećmi przyjaciół z Ukrainy. – Skoro Polacy są tak otwarci i wspaniale nam pomagają, to my też pomagamy swoim. Ci przyjaciele zostali w Ukrainie, ale chcieli, żeby ich dzieci czuły się bezpieczne. W naszym mieście po trzy, cztery razy dziennie są alarmy, trzeba schodzić do schronów. A czasem dzieci w ciągu dnia są w domu same, jeśli rodzice pracują – opowiada.

« 1 2 »
oceń artykuł Pobieranie..

Wyraź swoją opinię

napisz do redakcji:

gosc@gosc.pl

podziel się

Zapisane na później

Pobieranie listy

Reklama