Nowy numer 21/2022 Archiwum

Jedynym programem jest trwać przy Słowie

Homilia abp. koadiutora Adriana Galbasa na rozpoczęcie posługi w archidiecezji katowickiej (5 lutego 2022).

Moi Kochani: siostry i bracia,

pozwólcie, że tak będę się do Was zwracał, pamiętając, że tym co łączy ludzi w Kościele jest przede wszystkim chrzest, który wytwarza pomiędzy nami więzy prawdziwego braterstwa i wspólnoty. Wszystkie inne charyzmaty, które otrzymujemy w Kościele, a tym bardziej wszystkie inne zadanie i funkcje, są wtórne wobec tego, co stało się w sakramencie chrztu świętego i co jest jego konsekwencją.

Tak więc: siostry i bracia, mam nadzieję, że nie spodziewacie się po tym kazaniu żadnego programu działania. To nie jest ingres. Znam swoje obecne miejsce nie tylko w tej katedrze, ale także w Kościele katowickim. Zresztą tak naprawdę jedynym programem działania dla Kościoła i dla każdego w Kościele jest Słowo Boże i to byśmy byli mu wierni! Ono ma nas kształtować, do niego mamy dostosowywać swoje życie. W pierwszej kolejności życie biskupa!

„Naucz mnie Panie mądrych ustaw Twoich”, powtarzaliśmy przed chwilą słowa refrenu psalmu responsoryjnego, które przeplatały piękne słowa Psalmu 119. „Jak zachowa młodzieniec swoją drogę w czystości?”, pyta Psalmista i zaraz sam sobie odpowiada: „Przestrzegając słów twoich Panie”. Kościół, który nie przestrzega Słowa Pana, Kościół, który odchodzi od Jego przykazań, który więcej niż ze słuchania Bożych napomnień cieszy ze światowego bogactwa, nie tylko materialnego, ale i z tego też, taki Kościół jest brudny, a jego oczyszczenie nie dokonuje się przede wszystkim przez słowo ludzi z zewnątrz wspólnoty, choć i ono jest cenne i dobrze jest go posłuchać. Przede wszystkim jednak oczyszczenie Kościoła dokonuje się przez posłuszeństwo Słowu Bożemu, które rozbrzmiewa w jego wnętrzu. Chodzi o to, by hołd ludu śląskiego; duchownych i świeckich nie był ilustrowany jedynie na kamiennym tympanonie katowickiej katedry, ale dokonywał się każdego dnia we wnętrzu tej świątyni, którą jest serce każdego wierzącego i we wnętrzu każdej świątyni naszej archidiecezji, w której Chrystus Pan – żywe Słowo Ojca chce się z nami spotykać, by nas wzmacniać w codziennej drodze wiary.

Zazdroszczę Psalmiście, że może powiedzieć o sobie: „w sercu swoim zachowuję twoje słowa”. Nie sztuką jest Słowo Boże tylko usłyszeć! Ileż razy tak robimy; pozwalamy by wpadło jednym uchem, a wypadło drugim. Sztuką jest Słowo Boże w sobie zatrzymać, zachować je. Wzór tego mamy w Maryi, której ta pierwszolutowa sobota jest szczególnie dedykowana. To właśnie Ona, zachowywała wszystkie Słowa Pana w swoim Niepokalanym Sercu. Cieszę się, że jutro będę mógł pojechać do sanktuarium w Piekarach Śląskich, by Jej zawierzyć moją posługę.

Przykład tego znajdujemy także w św. Agacie, młodej dziewczynie, która wolała oddać życie za Boga, niż być zmuszoną żyć tak, jak Bóg nie przykazał. Zamordowana w wieku szesnastu lat, do dzisiaj jest czczona, nie tylko na rodzinnej Sycylii, ale w całym Kościele. Pamiętam jak moja mama dbała o to, by w domu był chleb i sól, poświęcone 5 lutego, bo wierzyła, że „gdzie św. Agata, tam strzeżona chata”.

Przykład wierności Słowu Bożemu znajdujemy także w św. Jacku, patronie naszej archidiecezji. On, jak dzisiejszy Psalmista, opowiadał Boże Słowo swoimi wargami, ale wpierw sam je usłyszał. Tak było także w życiu niedawno beatyfikowanego ks. Jana Machy. To wspaniały przykład młodzieńca, który zachował swoją drogę w czystości, przestrzegając Bożego Słowa.

Niestety, nie jest dla nas takim przykładem król Salomon, o którym usłyszeliśmy dziś w pierwszym czytaniu. Owszem, zrobił piękny krok, tuż po rozpoczęciu swojej królewskiej misji. Świadomy swojej odpowiedzialności za lud, który był bardzo liczny, „nie dało się go zliczyć, ani też spisać z powodu jego mnóstwa”, świadomy swojego młodego wieku, wyznaje pokornie przed Panem: „nie umiem rządzić”. Jaka to wspaniała postawa władcy, gdy umie powiedzieć: nie umiem, nie wiem, jestem niedoskonały. Młody więc król robi coś bardzo szlachetnego, idzie do Tego, który umie rządzić, do prawdziwego i jedynego Króla Izraela. W Gibeonie składa hojną, jak przystało na króla, tysięczną ofiarę, a zapytany przez Pana, co by chciał, poprosił o serce, które umie roztropnie i rozumnie rozsądzić to co dobre od tego co złe. Nie prosił o to, by Bóg zemścił się na wrogach Izraela, nie prosił dla siebie o dostatek, zdrowie i długie życie. Poprosił o mądrość. O dar, który spodobał się Bogu.

O to samo proszę Boga na każdy dzień mojego życia i mojej posługi w archidiecezji katowickiej.

Nawet, jeśli nie jestem już młody biologicznie, pesel mówi i robi swoje, to w posłudze biskupiej na pewno tak. Tuż po moich święceniach biskupich wybuchła pandemia, która zakłóciła, a w wielu wymiarach wywróciła do góry nogami działalność Kościoła. Utrudniła także i mnie nabieranie biskupich szlifów, ale i tak za każdy dzień posługi w pięknej diecezji ełckiej będę Panu Bogu i tym, których tam mi dał, dozgonnie wdzięczny.

Jednak to tylko dwa lata. Bardzo wiele nie umiem. Gdyby nie pewna moja łatwo zauważalna przypadłość mógłbym powiedzieć za Jarosławem Iwaszkiewiczem, że bycie koadiutorem w Katowicach to „wiatr za duży na moje włosy”. Jak się jest łysym, to każdy wiatry jest za duży na włosy. To nie przymilanie się. Tak jest. Chciałbym więc mieć serce roztropne, które potrafi rozróżnić, co w naszej archidiecezji jest dobre (a jest tego przecież mnóstwo), od tego, co takie nie jest. Żadna ludzka struktura nie jest wolna od tego, co niedoskonałe, czy - mówiąc językiem Salomona - co jest złe. Jestem świadom, że tak jest i w naszej archidiecezji. Dobro jednak musi być zauważone najpierw. Przy tej okazji dziękuję Księdzu Arcybiskupowi Wiktorowi za konkretną troskę o mnie i dziękuję każdemu za serdeczne przyjęcie.

Poza modlitwą, drogą do tego by posiąść serce roztropne jest podwójne „p”, czyli „przypatrywanie się” i „przysłuchiwanie się”. Oczywiście będzie  i „przepowiadanie”, ale dopiero na trzecim miejscu. Nie będę się uchylał od głoszenia Słowa Bożego, co jest ważnym zadaniem biskupa, głównie jednak chciałbym teraz słuchać i patrzeć.

Dlatego bardzo was proszę, żebyście zechcieli podzielić się ze mną waszym widzeniem spraw; waszymi nadziejami, obawami, rozterkami, szczęściami i nieszczęściami. I to – bardzo o to proszę – podzielić się szczerze. Teatr jest dobry w teatrze. Kukiełki są dobre wśród kukiełek. Proszę was o otwartość i szczerość, o braterskość i normalność, o spotkania udane, nie o udawane. Tym bardziej, że choć jestem Ślązakiem, wyjechałem stąd przeszło trzydzieści lat temu, a wtedy, gdy byłem na Śląsku, mieszkałem w dzisiejszej diecezji gliwickiej (wtedy jeszcze opolskiej), więc archidiecezja katowicka to dla mnie swoista terra incognita. A nawet, gdybym wtedy ją znał, to przecież przez minione trzy dekady zmieniło się tu bardzo wiele.

Proszę więc o synodalność! Proszę o to ludzi świeckich i duchownych, siostry i braci z naszej wspólnoty i tych, którzy są spoza Kościoła katolickiego, a także tych, którzy są niewierzący. To jest duch św. Wincentego Pallottiego, który mógłby się podpisać pod Evangelii gaudium papieża Franciszka. On jest moim duchowym ojcem, a pallotyńska duchowość moim duchowym domem.

Kodeks Prawa Kanonicznego, mówiąc o zadaniach biskupa, podaje, że ma on „obowiązek dawać przykład świętości poprzez miłość, pokorę i prostotę życia” oraz, że: „winien zabiegać wszystkimi środkami o wzrost świętości wiernych, zgodnie z własnym powołaniem każdego. Ponieważ zaś jest głównym szafarzem Bożych tajemnic, ma zabiegać ustawicznie o to, by wierni powierzeni jego pieczy, przez uczestnictwo w sakramentach wzrastali w łasce, a także poznawali paschalną tajemnicę i nią żyli”.

Proszę więc was szczególnie byście reagowali, gdy zauważycie, że tego nie robię. Że nie ma we mnie miłości, pokory i prostoty życia, że się lenię nie zabiegając wszystkimi środkami o wzrost osobistej i waszej świętości. Przede wszystkim zaś, że nie zabiegam o to przykładem własnego życia. Pomóżcie mi być biskupem, pierwszym pomocnikiem Biskupa Katowic, a kiedyś, jak Bóg tak zechce, jego następcą!

Powróćmy jeszcze do postaci Salomona, bo on, jak wspomniałem, nie jest dla nas wzorem, choć jego modlitwa o mądrość tak. Biblijna historia Salomona pokazuje jednak, że można pięknie wystartować i fatalnie wylądować. Dobrze zacząć i źle skończyć. Wiemy, że wszystkie dary, jakie Salomon otrzymał, ostatecznie zaprzepaścił. Wszystko zmarnował. Mądry Salomon zgłupiał bez reszty i do reszty! Dlatego, że nie był wierny Słowu Boga!

Papież Franciszek w adhortacji Evangelii gaudium, mówiąc o Salomonie, pokazuje go jako przykład człowieka duchowo zepsutego.  „Zepsucie duchowe, pisze papież,  jest gorsze niż upadek grzesznika, ponieważ polega ono na ślepocie wygodnej i samowystarczalnej, przy której w końcu wszystko zdaje się być dopuszczalne: oszustwa, oszczerstwa, egoizm i wiele subtelnych form skoncentrowania na sobie samym, „sam bowiem szatan podaje się za anioła światłości” (2Kor 11, 14). Tak zakończył swe dni Salomon, podczas gdy wielki grzesznik Dawid potrafił przezwyciężyć swoją nędzę” (GE, 165).

To jest prawdziwy dramat: zepsuć się duchowo. Jak pisał Amadeo Cencini: nie dostrzegać już piękna trwania przed Bogiem, piękna tracenia czasu na modlitwie, na słuchaniu Słowa, nie dostrzegać bólu, gdy sprawia się przykrość temu, kto kocha, nie walczyć, żyć bez pokus, ale też bez aspiracji, mieć płaskie duchowe EKG. Nie mieć miłości do Boga.

„Więcej się cieszę z drogi wskazanej przez Twe napomnienia, niż z wszelkiego bogactwa”.

Słowo Boże obficie płynie z ust Chrystusa, o czym przekonuje nas usłyszany przed chwilą fragment ewangelii. Oto za Chrystusem idą wielkie tłumy. Widzą odpływającą łódź i biegną za nią. To wielkie poświęcenie ze strony tych ludzi. Owszem, często biegną, by otrzymać konkretne doczesne dobra, zwłaszcza zdrowie, to jednak nie powstrzymuje, Chrystusa, by ich przyjąć, by się nad nimi zlitować. Mówi do nich „naucza o wielu sprawach” i w ten sposób ich scala; scala wewnętrznie, ale także buduje z nimi wspólnotę. Zbliża się jubileusz setnej rocznicy istnienia naszej archidiecezji. Chciałbym, byśmy wszyscy tworzący ten Kościół, uczcili ten jubileusz nie tyle, a w każdym razie nie tylko pompatycznymi celebracjami, które nie są dziś Kościołowi szczególnie potrzebne, ale robieniem tego, co Chrystus: głoszeniem przyjętego i przezywanego Słowa, dynamiczną ewangelizacją i katechizacją,

Siostry i Bracia,

pozwólcie, że ostatnie zdania tej homilii skieruje do moich Braci kapłanów archidiecezji katowickiej.

Dotyka mnie bardzo w usłyszanej przed chwilą Ewangelii zmęczenie uczniów Chrystusa. Zmęczyli się pracą. Działaniem i głoszeniem. Pracowali ponad siły, nie mieli nawet czasu na posiłek. Chrystus widzi ich zmęczenie i prosi, by choć trochę odpoczęli. Pojechali na jakieś rekolekcje, udali się na pustkowie. Zregenerowali się, nabrali dystansu, wzmocnili siły.

Dziękuję wam za waszą pracę. Wiem, że wielu z was jest dziś zmęczonych, zrezygnowanych, a nawet zrozpaczonych. Sytuacja wasza jest o tyle inna od sytuacji apostołów, że choć działacie i mówicie, często nie widać efektów. Ludzie nie garną się do Kościoła. Nie biegną za wami. Nieraz słyszycie, że jesteście jakimiś „onymi”; oni to, oni tamto, jakimś zbiorowym pedofilem, zdziercą i łajdakiem. Wrogiem. Przyczyn waszego wyczerpania jest zresztą wiele. Bardzo osobistych. Sami wiecie jak konkretnie i szczegółowo mają na imię. Niedawno rozmawiałem z trzema spośród was, których stan jest opłakany. Dosłownie. Opowiadali o swoim przejmująco smutnym życiu, płacząc.

Pomocą jest wspólnota. Wspólnota każdego z Chrystusem, ale także wspólnota nasza. Między nami. Zdrowe, braterskie relacje, które pomagają. Pomagajmy sobie nawzajem pozbierać się do kupy. Jeden drugiemu.

Zawsze poruszające są dla mnie słowa z soborowego dekretu Presbyterorum ordinis: księża „starsi wiekiem niech przyjmują młodszych jak braci i wspomagają ich w pierwszych poczynaniach i ciężarach posługiwania, a także niech się starają zrozumieć ich sposób myślenia, chociaż różny od własnego, i niech z życzliwością śledzą ich inicjatywę. Młodsi również niech szanują wiek i doświadczenie starszych, radzą się ich w sprawach dotyczących duszpasterstwa i chętnie z nimi współpracują (…). Ponadto, by prezbiterzy w trosce o życie duchowe i intelektualne mieli wzajemną pomoc, by lepiej mogli współpracować w posłudze i aby uniknęli niebezpieczeństw mogących wyniknąć z samotności, niech pielęgnują jakiś rodzaj życia wspólnego lub jakąś jego wspólnotę, która jednak może przybrać wiele form, według różnych potrzeb osobistych lub duszpasterskich, a mianowicie: wspólne mieszkanie, gdzie to jest możliwe, lub wspólny stół, lub przynajmniej częste i okresowe spotkania (…). W końcu z racji tejże wspólnoty w kapłaństwie, niech wiedzą prezbiterzy, że są szczególnie zobowiązani wobec tych, którzy mają jakieś trudności; niech im przychodzą szybko z pomocą, a gdyby zaszła potrzeba, także dyskretnie upominają. Tych zaś, którzy się w czymś potknęli, niech zawsze traktują z miłością braterską i wielkim sercem, nieustannie modląc się za nich do Boga i okazując się dla nich nadal prawdziwie braćmi i przyjaciółmi” (PO,8).

Niech tak będzie z nami i pomiędzy nami. Byśmy jako zdrowi, zintegrowani i szczęśliwi ludzie, tym chętniej mogli dawać innym Chrystusa!

Siostry i Bracia,

„Moje owce słuchają mego głosu, ja znam je a one idą za Mną”. Te znane słowa, pochodzące z ewangelii wg św. Jana zabrzmiały dzisiaj w liturgii. To przepiękne pocieszenie, które daje nam Pan. On nas zna, każdą i każdego. Po imieniu. Nie brzydzi się nami. Chce nas. Słuchajmy Jego głosu i idźmy wiernie za Nim. Nic lepszego niż Jego miłość nie mogło nam się w życiu przydarzyć! Amen.

« 1 »

Wyraź swoją opinię

napisz do redakcji:

gosc@gosc.pl

podziel się

Zapisane na później

Pobieranie listy

Reklama