Nowy numer 21/2022 Archiwum

Daj Mi swoją miłość

Od kociego przedszkola do Psów Pańskich – o. Grzegorz Ćwierkiewicz OP opowiada o swojej drodze do bycia dominikaninem.

Dla powołania zostawiłem moje dotychczasowe życie. Pracowałem jako lekarz weterynarii, szefowie cenili moją pracę, opiekunowie moich pacjentów liczyli na moją pomoc. Spotykałem się z dziewczyną. Jednak w mojej głowie była jedna myśl, która nie dawała o sobie zapomnieć. Pytałem: „Dlaczego mi to robisz, przecież Cię już odnalazłem we wspólnocie”.

Za surowo

Formalnie moja przygoda z byciem zakonnikiem rozpoczęła się w 2012 roku. W maju minie trzecia rocznica moich święceń kapłańskich. Od samego początku rozdzielałem powołanie zakonne od kapłańskiego. Przede wszystkim moją pierwszą tożsamością jest bycie bratem dominikaninem, zakonnikiem kaznodzieją. Wiadomo, że czymś, co ułatwia realizację powołania kaznodziejskiego, są święcenia kapłańskie. Pochodzę spod Łodzi. Wychowałem się w wierzącej rodzinie i nigdy nie straciłem kontaktu z Kościołem. Nie mam za sobą jakiegoś „zagubienia”. Stoi za mną tradycja rodzinna w dobrym tego słowa znaczeniu. Dominikanów poznałem w czasie, gdy studiowałam medycynę weterynaryjną na SGGW w Warszawie. Trafiłem na Msze akademickie na Służewie. Szczerze? To nie była moja pierwsza miłość! Zdziwiła mnie forma liturgii, byłem ministrantem przyzwyczajonym do tradycji, a tu wygaszone światła, surowy kościół – nie spodobało mi się. Wychowałem się na wsi, moi rodzice przeprowadzili się do dziadków, którzy prowadzili gospodarstwo rolne. Dlatego obecność zwierząt w moim życiu była czymś naturalnym. Otaczały mnie krowy, świnie, koń, a przede wszystkim cztery psy i koty. Z bratem organizowaliśmy kocie przedszkole i wychowywaliśmy małe kocięta. To było absolutnie naturalne, myślę, że stąd decyzja o weterynarii. Pierwszym krokiem w kierunku dominikanów były sakramenty i spowiedź. Doświadczenie, jak się zaopiekował mną zakonnik, który jest ojcem mojego powołania, było jednym z najważniejszych. Spotkaliśmy się najpierw w konfesjonale, a potem doszły jeszcze długie rozmowy o życiu. Zadawałem wtedy wiele pytań, miałem mnóstwo wątpliwości co do wiary. To był czas wyjścia z takiego dziecięcego, trochę infantylnego bycia w Kościele. Ojciec zaproponował wtedy uczestnictwo w spotkaniach i tak trafiłem do Świętego Dobrego Łotra – to jest grupa charyzmatyczna, która „wypączkowała” z DA Studnia. Znalazłem swoje miejsce.

Dlaczego?

Dzięki dominikanom doceniłem piękno liturgii. Do tej pory pamiętam przełomowy moment, który zmienił moje początkowe nastawienie. To było Triduum, Wielki Czwartek, usłyszałem scholę, która śpiewała „Chleb niebiański” – i zakochałem się w bogactwie liturgii. Tego dnia usłyszałem też kazanie, które pokazało mi zupełnie inny wymiar głoszenia Słowa. Te wszystkie doświadczenia nie oznaczały jednak, że postanowiłem być dominikaninem. Zacząłem pracę po studiach. Myśl o powołaniu przyszła nagle, podczas modlitwy. Po pracy siedziałem w ławce i zacząłem prosić: „Daj mi swoją miłość, doświadczenie miłości”. Wtedy usłyszałem odpowiedź: „Daj Mi swoją miłość”. Zmroziło mnie! Ta myśl nie chciała mnie opuścić, cały czas kołatała mi w głowie. Najpierw pracowało to we mnie, nikomu nie mówiłem o tym wezwaniu. W końcu podzieliłem się z moim ojcem duchowym i zaczął się etap rozeznawania. Zyskiwałem pewność, że to jest ta właściwa ścieżka. Cały czas towarzyszyły mi pytania o pracę, w której mogłem się rozwijać, szefostwo wręcz nie chciało mnie puścić! Miałem wspólnotę, spotykałem się z dziewczyną. Pytałem: dlaczego? Wstąpiłem do prenowicjatu. To roczny okres, składający się z czterech sesji, i każda kolejna utwierdzała mnie w tej decyzji. Ten czas jest taki półotwarty: jeszcze żyjemy w świecie, pracujemy, kończymy studia, finalizujemy pewne rzeczy. Ten rok dał mi mnóstwo światła i wolności. Zawiesiłem pracę, karierę i postanowiłem wstąpić do nowicjatu. Spotkałem się z wieloma pozytywnymi reakcjami. Do dzisiaj mam kontakt z kilkoma opiekunami moich pacjentów – kotów i psów. Ta relacja zmieniła się nieco. Tęsknię trochę za byciem lekarzem weterynarii, nie ukrywam tego. To był absolutnie przepiękny okres w moim życiu, pełen przyjaźni i towarzystwa wielu dobrych ludzi. To ukształtowało mnie jako człowieka i pozwoliło mi wejść do zakonu o wiele bogatszym. Wydaje mi się, że Pan Bóg miał taki plan, żeby właśnie takiego mnie dać braciom i niech sobie radzą! Poza tym były psy, a teraz są „Psy Pańskie”. (śmiech) W Katowicach prowadzę DA Gniazdo. Bardzo pomagają mi moje doświadczenia, bo wiem, o czym studenci mówią: o egzaminach, życiu studenckim i relacjach tego czasu. Rozumiem ich, ale jednocześnie nie tak łatwo mnie oszukać. (śmiech) Moim fundamentem jest formacja i nasz specyficzny rys zakonu w Polsce – stawiamy na duszpasterstwo, łączenie wymiaru ludzkiego i formacji wiary.

« 1 »
oceń artykuł Pobieranie..

Wyraź swoją opinię

napisz do redakcji:

gosc@gosc.pl

podziel się

Zapisane na później

Pobieranie listy

Reklama