Nowy numer 48/2021 Archiwum

Chcą ocalić gniazdo

Placówka, w której osoby z niepełnosprawnością intelektualną wykonują budki lęgowe dla ptaków, walczy o przetrwanie. Musi do końca roku zebrać 1,8 mln złotych.

Budki dla ptaków z Warsztatu Terapii Zajęciowej w Katowicach-Starych Panewnikach podbijają Śląsk. Kupują je hurtowo Lasy Państwowe, spółdzielnie mieszkaniowe, firmy budowlane. Wiele wisi w Parku Śląskim w Chorzowie; najłatwiej je zauważyć obok kąpieliska „Fala”.

– Ostatnio wygraliśmy przetarg na dostawę 200 budek lęgowych dla jerzyków w Chorzowie-Batorym w ramach zadania z budżetu obywatelskiego „Ptasie familoki”. Nie miało znaczenia, że te budki robili niepełnosprawni. Po prostu nasz produkt jest dobry – wyjaśnia Monika Pinkowska ze Stowarzyszenia SPES. Jerzyki to ptaki, które w ciągu jednej doby potrafią zjeść do 30 tys. komarów.

Niepełnosprawni stolarze biorą też udział w rozładunku tych skrzynek u odbiorców. – Klienci pytają: „To wy te skrzynki robicie?”. Odpowiadają: „Tak, my!”. Czują się ważni. Noszą te skrzynki z wielką dumą – relacjonuje Roman Piela, kierownik Warsztatu Terapii Zajęciowej.

Budki powstają tu w siedmiu pracowniach stolarskich. Okazały się strzałem w dziesiątkę. Robienie czegoś naprawdę przydatnego buduje w osobach z niepełnosprawnością poczucie wartości.

Zdziwienie klientów

Na rynku można znaleźć wiele innych budek, które są wykonane tak fatalnie, że stają się właściwie pułapkami dla ptaków. Ci stolarze nigdy by takiej fuszerki nie zrobili. W ich budkach ptaki są bezpieczne. Drapieżniki ich nie dosięgną. – Nawet dzięcioł nie umie rozkuć wejścia do naszych budek, bo stosujemy w tym miejscu podwójne deski. Dzięcioł wybija otwór tylko w pierwszej z nich. Gdy dochodzi do drugiej, coś zaczyna mu przy kuciu tak rezonować, że rezygnuje – tłumaczy Roman Piela.

Przed pandemią w katowickim Centrum Handlowym „Trzy Stawy” co roku odbywała się ekologiczna akcja „Ptaszkowe Love”. Niepełnosprawni stolarze uczestniczyli w niej jako instruktorzy montażu budek. Klienci mogli zmontować budkę i wziąć ją za darmo do domu. – Widzieliśmy zdziwienie na ich twarzach, bo jesteśmy przyzwyczajeni, że to my pomagamy niepełnosprawnym. Tymczasem to oni zwracali uwagę pełnosprawnym: „nierówno”, „krzywo” – wspomina Monika Pinkowska.

To wszystko przekłada się na ogromny postęp w samodzielności i zaradności uczestników warsztatu ze SPES-u w codziennym życiu, w domu. – Wszyscy, którzy do nas trafili, bardzo się rozwinęli. Kilka osób nauczyło się dojeżdżać samodzielnie ze swoich domów, choć wcześniej ich rodzice zupełnie sobie tego nie wyobrażali – mówi Roman Piela.

Zanim osoba z niepełnosprawnością wsiądzie do autobusu sama, przez kilka dni dojeżdża z terapeutą. Kolejnych kilka razy terapeuta towarzyszy jej z ukrycia, obserwując, czy radzi sobie wystarczająco dobrze.

Kapnął się i czmychnął

Mama Seweryna z centrum Katowic początkowo nie chciała, żeby syn jeździł do ośrodka sam, bo nie komunikuje się za pomocą mowy. Umie wypowiedzieć na głos tylko pojedyncze wyrazy. – Mama bała się, że jeśli się zgubi, może być problem. Kiedy miał pojechać całkiem sam, śledziła go w drodze na dworzec. Seweryn jednak „kapnął się” i jej czmychnął – wspomina kierownik warsztatu. – Mama zadzwoniła, że nie wie, gdzie jest Seweryn. Odpowiedziałem, że już jest na warsztacie – śmieje się.

Wkrótce Seweryn opanował nawet przesiadki. W Brynowie szedł z autobusu na tramwaj, bo tak mu było wygodniej dojeżdżać. Dzięki temu, że nauczył się przemieszczać komunikacją miejską, jest bardziej niezależny.

Ta samodzielność przekłada się na więcej czynności wykonywanych przez osoby z niepełnosprawnością w ich domach. Duża część z nich zaczyna na przykład samodzielnie robić posiłki czy wykonywać prace porządkowe. – Rodzice czasem na nowo odkrywają swoje dzieci – zauważa Monika Pinkowska.

Ośrodek terapii powstał w Starych Panewnikach w 1999 roku. Działa w dawnych salkach parafialnych, które Stowarzyszeniu SPES udostępnili ojcowie franciszkanie. Nie chcieli, żeby salki stały puste, lecz żeby działo się tu coś dobrego.

Ostatnio franciszkanie wznieśli jednak obok gmach nowego kościoła i klasztoru. Aby zdobyć pieniądze na wykończenie, muszą dzisiaj sprzedać cały stary obiekt – dawne salki, kaplicę i dom zakonny. Stowarzyszenie SPES chciałoby je wykupić, ale potrzebna kwota przekracza jego możliwości.

– Ośrodek terapii może przestać istnieć. Walczymy teraz o to, żeby uratować to miejsce – mówi Monika Pinkowska.

Jeśli ktoś chciałby pomóc Stowarzyszeniu, szczegóły znajdzie na stronie: www.spes.org.pl/ratunek-dla-osrodka-terapii.

« 1 »
oceń artykuł Pobieranie..

Wyraź swoją opinię

napisz do redakcji:

gosc@gosc.pl

podziel się

Zapisane na później

Pobieranie listy

Reklama