Nowy numer 38/2021 Archiwum

Moja życiowa

Pierwsza sobota sierpnia to tradycyjnie dzień, w którym Archidiecezjalna Piesza Rybnicka Pielgrzymka dociera na Jasną Górę.

W ubiegłym roku symbolicznie pielgrzymowało tylko pięciu kapłanów. W tym roku grupa też stanowi tylko ułamek zwyczajowej rzeszy pielgrzymów – mogło ich ruszyć tylko 300. Wśród nich s. Miriam, serafitka, która co roku pokonuje całą Polskę, by ruszyć w drogę.

– Moja historia pielgrzymowania z Rybnika na Jasną Górę rozpoczęła się w 1987 r. Miałam wtedy 15 lat. Pochodzę z Jarocina. Należałam do wspólnoty młodzieżowej Franciszkańskiego Ruchu Apostolskiego. W lipcu 1987 r. nasz opiekun o. Dobiesław Nieradzik zaproponował pielgrzymkę na Jasną Górę ze swojej rodzinnej miejscowości – Ornontowic. To było moje pierwsze pielgrzymowanie: z plecakami, namiotami, śpiworami, prowiantem na drogę. Wraz z grupą około 60 ornontowiczan poszło nas pięć dziewczyn z Jarocina. Po pielgrzymce miałyśmy nowych znajomych, których postanowiłyśmy odwiedzić w sierpniu. Wyruszyłyśmy pociągiem. W Katowicach-Ligocie wsiadł diakon Dymitr Żeglin, znany nam z zespołu TAU. Zaczepiłyśmy go, a on zaproponował nam pielgrzymkę z Rybnika. Tak więc zamiast odpoczywać w Ornontowicach, poszłyśmy ponownie na Jasną Górę. Co to były za czasy... To wszystko odbyło się bez wiedzy i zgody rodziców – uśmiecha się serafitka. Z tej pierwszej pielgrzymki zapamiętała radosny wieczór z ogniskiem w Lasowicach i śląskie piosenki, których nie rozumiały z koleżankami. – Pamiętam, że kiedy któraś z nas zapytała, co to znaczy, usłyszała: „Trzeba się uczyć języków obcych” – wspomina. W kolejnym roku o. Dymitr trafił do rodzinnej parafii s. Miriam i znów był powód, aby wrócić do Rybnika. – Miałam kilka lat przerwy. Gdy tylko mogłam, wróciłam do pielgrzymowania, i to właśnie z Rybnika – zaznacza. W ubiegłym roku nie mogła iść z powodów zdrowotnych, mimo że bagaż na gdańską pielgrzymkę był już spakowany. – Pielgrzymowałam więc duchowo z tą piątką kapłanów. Dzięki wspaniałemu panu Kazimierzowi każdego dnia docierały do mnie zdjęcia, pozdrowienia, świeże wiadomości. W dniu, w którym była zwykle godzina powołaniowa, modliłam się o powołania, a w dniu, w którym nasza grupa IIB wraz z IIA miały wieczór pogodny przed kościołem w Lasowicach, ja puściłam sobie nagrania zabaw z poprzednich lat i przeżyłam czas radości. Potem łączyłam się w modlitwie na Jasnej Górze. To duchowe towarzyszenie upewniło mnie, że moją życiową pielgrzymką jest rybnicka, nie inna. Tu od lat czuję się jak w rodzinie. Mam tu znajomych, z którymi utrzymuję kontakt w ciągu roku, opowiadają mi o sobie, ja modlę się w ich sprawach… a radością jest ta możliwość spotkania na pielgrzymce. Czasem mówię żartobliwie, że Rybnik to moje drugie rodzinne miasto – podsumowuje. W tym roku plan zakładał, że na szlak wyruszą dwie grupy. Z powodu wymogów sanitarnych postoje trzeba było zaplanować inaczej – w namiotach. – Nie mogliśmy zorganizować miejsc zbiorowych noclegów – tłumaczy ks. Paweł Zieliński, kierownik pielgrzymki (na zdjęciu). To nie tylko pierwsza pielgrzymka postpandemiczna, ale i pierwsza bez wieloletniego kierownika trasy, zmarłego w ub. roku Kazimierza Bergera. – Kazik był naszą ostoją. Nawet gdy panikowałem, czegoś nie wiedziałem, on był spokojny. Ale od początku powtarzałem: on będzie z nami w inny sposób. Brakowało go szczególnie w czasie planowania trasy; pod Rybnikiem były roboty drogowe. Razem z diakonią przygotowawczą myśleliśmy, jak to obejść, i od razu pojawiło się stwierdzenie, że „Kazik by wiedział, bo pielgrzymka przez kilkadziesiąt lat to był on” – mówi ks. Paweł.

« 1 »
oceń artykuł Pobieranie..

Wyraź swoją opinię

napisz do redakcji:

gosc@gosc.pl

podziel się

Zapisane na później

Pobieranie listy

Reklama