Nowy numer 38/2021 Archiwum

Medycy ze Wschodu

Ukraińska przychodnia lekarska powstaje w Rybniku. Prawie cały jej personel składa się z cudzoziemców, ale korzystać z leczenia będą tutaj także Polacy.

To prawdopodobnie pierwsza w Polsce taka przychodnia. Ma ruszyć już w sierpniu przy ul. Wodzisławskiej 6 w Rybniku, w budynku stojącym pomiędzy Plazą a kościołem franciszkanów. Zatrudni ukraińskich lekarzy i pielęgniarki. Część z nich do tej pory była zmuszona pracować w innych branżach.

Jest wśród nich ginekolog Mariia Franchuk, która dzisiaj jest... pomocą wychowawcy w przedszkolu w Rybniku. Dzieci ją uwielbiają, dyrekcja ją ceni, jednak jest to praca poniżej jej kwalifikacji.

Recepcjonistką w nowej przychodni będzie Natalia Koval, fizjoterapeutka i pielęgniarka. Przyjechała z Ukrainy wraz z mężem przed trzema laty i z początku skręcała w rybnickiej fabryce tłumiki samochodowe.

Tysiące przybyszów

Ukraińscy lekarze coraz częściej są zatrudniani w Polsce w swoim zawodzie. Nie było jednak przychodni, w której prawie cały personel sprawnie posługiwałby się językiem ukraińskim. Tymczasem zapotrzebowanie jest ogromne. W samym Rybniku legalnie pracuje 11,5 tys. Ukraińców. W sąsiednich Żorach jest ich 7 tys., a w Wodzisławiu – 4 tys. Trzeba doliczyć jeszcze pracujących w szarej strefie.

– Ci ludzie liczą na to, że w nowej przychodni będą mogli precyzyjnie przekazać lekarzowi, co im dolega, i również dokładnie zrozumieć, co mają ze sobą robić – wyjaśnia Mariusz Wiśniewski, dyrektor Stowarzyszenia „17-tka”, które wspiera między innymi pracujących w Rybniku Ukraińców. – To bardzo ważne, zwłaszcza w dobie wciąż istniejących teleporad – zwraca uwagę. Dodaje, że sam też miałby trudności z dokładnym opowiedzeniem o swoim zdrowiu w języku obcym, nawet jeśli ten język zna.

O utworzenie tej placówki zabiegali dyrektor „17-tki” wraz z senatorem Markiem Plurą. Znaleźli się prywatni inwestorzy z województw mazowieckiego i łódzkiego. – Jeden z nich jest właścicielem ponad 20 przychodni, drugi ma ich kilkanaście – mówi M. Wiśniewski. Udało się zdobyć zgodę wojewody. Przychodnia będzie działać na podstawie kontraktu z NFZ.

Niespełna 500 zł

Nie jest łatwo uzyskać w Polsce nostryfikację ukraińskiego dyplomu lekarskiego. – To proces wieloletni i bardzo kosztowny. Jednak w myśl obecnych przepisów możliwe jest zatrudnienie lekarza, który przyjeżdża do nas z krajów byłego bloku wschodniego. Może on od razu podjąć pracę w swoim zawodzie, pod warunkiem że ma specjalizację i minimum trzyletnie doświadczenie. Przez co najmniej rok musi on też pracować pod kuratelą polskiego lekarza, który podpisuje się pod receptami i skierowaniami oraz konsultuje diagnozy – wyjaśnia Mariusz Wiśniewski. – Długo nie umieliśmy znaleźć tego jednego polskiego lekarza, mimo oferowanych korzystnych warunków finansowych. Teraz polski lekarz już jest, więc w sierpniu przychodnia może ruszyć – dodaje.

Na początku w tej przychodni Ukraińcy i Polacy będą mogli skorzystać z pomocy lekarzy pierwszego kontaktu. W kolejnych miesiącach – w zależności od potrzeb pacjentów – będą otwierane gabinety specjalistyczne.

Wśród kadry lekarskiej jest pani Natalia, która jest chirurgiem, a jednocześnie ma uprawnienia do bycia lekarzem rodzinnym. – Mamy też panią pediatrę, jeszcze jednego lekarza rodzinnego, internistę, ortopedę-chirurga i panią ginekolog – wylicza M. Wiśniewski. – To są lekarze z wieloletnim stażem pracy na Ukrainie, lekarze z dodatkowymi kwalifikacjami, z dorobkiem uczelnianym. Zdecydowali się na pracę w Polsce głównie z powodów finansowych. Rozmawiałem z panią doktor, która pracowała jako pediatra w dużym szpitalu niedaleko Łucka na Ukrainie. Jej miesięczna pensja wynosiła tam 3,5 tys. hrywien, czyli niespełna 500 zł – opowiada.

Większość lekarzy, którzy będą tu pracować, przyjechała z Ukrainy do Rybnika specjalnie z myślą o pracy w tej przychodni. Od wiosny przechodzą intensywny kurs języka polskiego.

– Z kolei średni personel medyczny, w tym pielęgniarki i pielęgniarze, to osoby, które pracują albo do niedawna pracowały w Polsce na tak zwanej taśmie – mówi Mariusz Wiśniewski. – Nóż mi się w kieszeni otwierał, kiedy w czasie kolejnych fal pandemii wysłuchiwałem w mediach, że brakuje w Polsce personelu medycznego. Myślałem wtedy o znanym mi ukraińskim małżeństwie ratownika medycznego z pielęgniarką, o ukraińskich pielęgniarzach i felczerach, którzy pracowali wtedy na budowach lub w fabrykach przy skręcaniu grzejników i tłumików samochodowych. To jest gigantyczne marnowanie potencjału ludzkiego, który jest w zasięgu ręki – uważa.

« 1 »
oceń artykuł Pobieranie..

Wyraź swoją opinię

napisz do redakcji:

gosc@gosc.pl

podziel się

Zapisane na później

Pobieranie listy

Reklama