Nowy numer 24/2021 Archiwum

Jak księżniczka mimo niemocy

Zapamiętała pacjenta, któremu właściwie już nikt nie umiał pomóc. A on się zaparł i trwał na modlitwie. – „Koronką pokonam koronę”, mówił. I rzeczywiście stał się cud – wspomina pielęgniarka, ochotniczka w szpitalu covidowym.

Ewa jest pielęgniarką z 30-letnim doświadczeniem. Do pomocy innym ciągnęło ją zawsze. – Od najmłodszych lat towarzyszyłam mamie w opiece nad babcią i dziadkiem. Wiedziałam, że chcę być pielęgniarką i chyba nigdy nie zastanawiałam się nad inną drogą. Nawet teraz, kiedy rozmawiam z koleżankami, nie mam wątpliwości. One czasem mówią, że nie wybrałyby drugi raz tego zawodu. Owszem, jest ciężko, ale mnie zawsze pociągały „trudne” oddziały, wymagające dużej odporności psychicznej: dziecięce, intensywnej opieki medycznej – tłumaczy.

Brak drugiego człowieka

Do szpitala covidowego zgłosiła się sama – wiedziała, że taka jest potrzeba. – Nikt mnie do tego nie zmusił, to chciałabym podkreślić. Pamiętam, że od początku mówiłam wszystkim: „Idę na front”. Byli tacy, którzy nie rozumieli, co to ma wspólnego, ale im więcej osób doświadczało pracy na oddziałach covidowych, tym częściej słyszałam: „Masz rację, to się niczym nie różni od frontu” – zauważa. Trudności wymienia wiele, w tym tę najbardziej prozaiczną: kombinezony ochronne. Zaparowane gogle i zaduch to dodatkowa komplikacja w czasie pracy, do której musiała się przyzwyczaić. – Nauczyłyśmy się już, że w czasie dyżuru nie ma możliwości, aby się czegoś napić, skorzystać z toalety czy zwyczajnie odetchnąć. Musimy to przewidywać, wchodząc na dyżur. Komfort pracy w kombinezonie bardzo zależy od pogody, najgorsze są upały. Wtedy wszyscy jesteśmy zlani potem – mówi Ewa. Pielęgniarka przyznaje, że obecna praca z pacjentami covidowymi to dla niej w pewnym sensie zupełnie nowe doświadczenie. – Powszechnie doskwiera brak kontaktu z drugą osobą, bliskimi. Wiele jest osób, które umierają, zanim zdążą usłyszeć kogoś z rodziny. Nie można też przyjmować odwiedzających. Staramy się pomagać i umożliwiać pacjentom kontakt telefoniczny – wyjaśnia.

Adoracja i odpoczynek

Gdyby miała próbować jakoś określić, czym różnią się pacjenci covidowi od tych „zwykłych”, to wskazałaby na ich ogromną pokorę. – Ci, których spotkałam do tej pory, nie mieli nigdy pretensji, zawsze byli pełni wdzięczności. Nie miałam sytuacji, w której ktoś kwestionowałby moje działania. Czasem wyczerpany pacjent lub pacjentka po prostu prosili o to, by przyjść za moment – i to wszystko – mówi Ewa. – Pamiętam pewną sytuację: żona żegnała się z mężem. Ona pokonała koronawirusa, on niestety nie. Uderzył mnie jej spokój, siła, jaką w tej trudnej sytuacji czerpała z modlitwy – wspomina. Bycie pielęgniarką w szpitalu covidowym i na OIOM jest bardzo wymagające. Jak deklaruje Ewa, umacnia ją modlitwa. – Od zawsze to był mój fundament, moje schronienie i odpoczynek. Mogłabym powiedzieć, że od mamy i babci nauczyłam się, że „jak trwoga to do Boga”, ale to nie tak. Uwielbiam przysiąść na chwilę przed Najświętszym Sakramentem, nigdzie tak nie odpoczywam. Teraz staram się jak najczęściej uczestniczyć w nabożeństwach majowych. Zauważyłam, że w stresujących sytuacjach moje myśli same biegną w modlitwę – przyznaje.

« 1 2 »
oceń artykuł Pobieranie..

Wyraź swoją opinię

napisz do redakcji:

gosc@gosc.pl

podziel się

Zapisane na później

Pobieranie listy

Reklama