Nowy numer 21/2022 Archiwum

Fara po przejściach

Tutejszy wikary siedział w areszcie za odprawienie Mszy św., a na probostwie parafianie dwa razy wybili wszystkie szyby. Niezwykle barwna historia jest zaklęta w szlachetnych murach kościoła Krzyża Świętego oraz probostwa w Siemianowicach Śląskich.

A ja się dziwiłem, kiedy tu przyszedłem 25 lat temu, czemu te okna są takie jakieś liche, takie pokiereszowane. Jak przeczytałem wpisy w kronice sprzed 120 lat, to już wiedziałem, dlaczego – śmieje się ksiądz proboszcz Stanisław Nocoń.

Te wydarzenia miały miejsce na samym początku XX wieku, w czasach ostrych napięć między nacjami niemiecką i polską na Górnym Śląsku. – Z kroniki parafialnej dowiedziałem się, że powiedzenie „dawniej było lepiej” jest bez sensu, bo każdy czas ma swoje krzyże. Są tam opisane ówczesne wybory do Reichstagu. Proboszcz poparł kandydata, który był dobrym katolikiem, ale był opcji niemieckiej. Pod probostwo przylecieli wtedy zwolennicy Korfantego. Proboszcz zapisał, że dzieci w „zopaskach” nosiły kamienie, a dorośli nimi rzucali. Wybili wszystkie szyby w oknach probostwa, bramę porąbali siekierami, a ogródek warzywny udeptali tak, że był twardszy od betonu – mówi ks. Nocoń. – Nieco później władze wydały dekret nakazujący iluminowanie okien w dniu urodzin cesarza Wilhelma. Chodziło oczywiście o ustawienie w oknach zapalonych świec, bo elektryczności jeszcze w domach nie było. Proboszcz powiedział: „Co? Żeby mi Polacy znowu szyby wybili?”, i nie ustawił świecy w żadnym oknie. Wtedy jednak przybiegli Niemcy i też wybili na probostwie wszystkie szyby… – relacjonuje.

Nikt nie podniósł jednak ręki na dom Boży stojący obok. Kościół Krzyża Świętego w Siemianowicach służył zarówno katolikom polskim, jak i niemieckim.

Policjant z drabiną

– Przeszło dwa wieki temu w szczerym lesie zapalił się bardzo płytki pokład węgla. Ponoć był tylko kilkadziesiąt centymetrów pod powierzchnią ziemi. Ludzie przyjeżdżali nawet z innych krajów, żeby to oglądać: wszędzie śnieg, a tu paląca się plama o szerokości nawet kilkunastu kilometrów – mówi proboszcz.

Dodaje, że pożar zwrócił uwagę inwestorów na te okolice. Wraz z przemysłem rosła liczba ludności, zwłaszcza w drugiej połowie XIX wieku. – Hrabina Wanda von Donnersmarck kupiła więc dwie trzecie miejsca pod kościół, a jedną trzecią kupił lud Boży z proboszczem. Niemiecki przemysłowiec Ficner sprzedał na ten cel wszystkie swoje ogrody. Zostawił sobie tylko wjazd do swojego domu na szerokość dorożki. Był ewangelikiem, ale wiedział, że katolikom jest potrzebna słuszna działka pod kościół, więc się cofnął. To był prawdziwy ekumenizm! – mówi ks. Nocoń.

W 1867 roku powstała tu pierwsza świątynia z muru pruskiego. Kilka lat później niemieckie władze wprowadziły kulturkampf, czyli politykę zwalczania Kościoła katolickiego. – Kościół został wtedy zamknięty. Co godzinę policjant przychodził tu na kontrolę. Raz młody, wojowniczy wikary nie podporządkował się i poszedł odprawić Mszę św. Trafił za to do aresztu, bo policjant nie tylko sprawdzał, czy drzwi są zamknięte, ale brał drabinę i zaglądał do środka przez okno… – mówi proboszcz.

Na świeże kreple

Liczba ludności Siemianowic w tamtych latach zwiększała się w potężnym tempie. – Po zaledwie 17 latach ten kościół okazał się nieużyteczny, bo ludzi było tu już sto razy więcej, niż mógł pomieścić. Ruszyła budowa nowej świątyni – mówi proboszcz.

Nowa, potężna budowla stanęła w dwa lata. Była gotowa w 1884 roku. – To jest kopia kościoła Świętej Trójcy w Bytomiu, tylko ciut mniejsza. Był to projekt zrobiony dla Mysłowic, ale tam budowa nie doszła do skutku – relacjonuje ks. Nocoń. – W tym samym czasie hrabia von Donnersmarck budował też kościół na Szombierkach i już brakowało mu pieniędzy, więc u nas jest cegła klinkierowa drugiego gatunku, a u nich pierwszego. Ale i tak jest dobra, skoro przez 140 lat nic złego się z nią nie dzieje – ocenia.

W jednym z ołtarzy bocznych, w podstawie figury św. Jadwigi, konserwatorzy znaleźli parę lat temu kapsułę czasu. Były w niej pismo z nazwiskami rzeźbiarzy i XIX-wieczna gazeta.

– Gazeta była po niemiecku, ale były w niej też reklamy po polsku, choćby z zaproszeniem „na świeże kreple” do piekarni przy Breslaustrasse – relacjonuje proboszcz. Kreple to po śląsku pączki. – Dołożyliśmy tam nasze pismo i aktualnego „Gościa Niedzielnego”. Może za sto lat ktoś to znowu znajdzie – dodaje.

Od 1947 do 2000 roku w mieście istniał klasztor sióstr wizytek. Gdy w 1952 roku komuniści wysiedlali biskupów z diecezji katowickiej, pakujący się w pośpiechu i niepewny swojego losu bp Stanisław Adamski zadzwonił do tych sióstr. Poprosił, żeby modliły się przed Najświętszym Sakramentem o bezpieczny powrót biskupów do diecezji.

Wizytki codziennie od rana do wieczora trwały więc na modlitwie. Po czterech latach biskupi bezpiecznie wrócili, ale one nadal adorowały Jezusa wystawionego w monstrancji. W 2000 roku wizytki przeniosły się do Rybnika, a katolicy zwrócili ewangelikom użytkowany przez nie kościół. Wieczysta adoracja nie została jednak w Siemianowicach przerwana nawet na jeden dzień. Dzisiaj trwa w kaplicy naprzeciw probostwa, na miejscu pierwszego, małego kościoła. Zbawiciel czeka tutaj każdego dnia od 7.30 do 18.00.

« 1 »
oceń artykuł Pobieranie..

Wyraź swoją opinię

napisz do redakcji:

gosc@gosc.pl

podziel się

Zapisane na później

Pobieranie listy

Reklama