Nowy numer 19/2021 Archiwum

Sukumawiki i śnieg tylko za oknem

Br. Joseph Waitaka OFM najpierw został ministrantem, dopiero później przyjął chrzest. W Katowicach kontynuuje formację zakonną.

WKenii zostawił mamę, czterech braci i dwie siostry. Co ciekawe – w jego rodzinie tylko on jest katolikiem, pozostali bliscy są protestantami oraz zielonoświątkowcami. – To nie było tak, że obudziłem się pewnego dnia i stwierdziłem: „Będę katolickim zakonnikiem”. To była długa droga, krok po kroku – wspomina brat Joseph.

Proza życia

Wielu Polakom Kenia dziś powszechnie może kojarzyć się z dwiema rzeczami – wydarzeniami opisanymi przez Henryka Sienkiewicza w powieści „W pustyni i w puszczy” oraz z egzotycznymi wycieczkami. Jaki naprawdę jest ten kraj dla jego mieszkańców?

– Taki sam jak inne na całym świecie – odpowiada franciszkanin. – Są duże miasta, w których można dostać dobrze płatną pracę, ale są i małe wioski, w których mieszkańcy prowadzą proste życie, czasem bez możliwości zaspokojenia podstawowych potrzeb – jedzenia, schronienia czy ubrań. Proza życia. Dwaj moi bracia zamieszkali w dużych miastach. Jeden pracuje w supermarkecie, drugi – w sklepie z elektroniką. Siostry wybrały inną drogę – mówi. Dzieciństwo spędził w niedużej wiosce. – W okolicy mieszkało naprawdę dużo dzieci. Spędzaliśmy wspólnie czas na grze w piłkę nożną, siatkówkę i bieganiu. Nie mieliśmy w okolicy basenu, ale była rzeka. Czy to było niebezpieczne? Oczywiście – uśmiecha się łobuzersko. W tym czasie brat Josepf poznał franciszkanów posługujących w parafii Rozbukia. – Szczególnie zwróciłem uwagę na o. Juro, zakonnika z Bośni. Dbał o nas jak o swoje własne dzieci. To dzięki niemu chciałem służyć jako ministrant w kościele i czerpać z tego radość – wspomina.

– Nie myślałem wtedy o byciu zakonnikiem, chciałem po prostu być we wspólnocie parafii, bo wiedziałem, że to jest dla mnie dobre. Tak w 2007 r. dołączył do katolickiej parafii. Nie znał jeszcze katechizmu, ważne dla niego było doświadczenie uczestnictwa w nabożeństwach. Czas na chrzest przyszedł po 5 latach – w kwietniu 2012 roku. – Mojej rodzinie nie było łatwo zrozumieć, skąd pochodzi moje powołanie, ponieważ są protestantami. Jednak moja mama mnie wsparła. Powiedziałem jej, że czuję wielką siłę, coś, co popycha mnie w kierunku takiej służby. Wtedy usłyszałem od niej, że powinienem słuchać, czego ode mnie chce Bóg, i że ona nie będzie stawać mi na drodze. To dodało mi odwagi – wspomina brat Joseph. Pozostali członkowie rodziny początkowo byli sceptyczni. – Teraz wspierają mnie modlitwą. To dzięki nim mam siłę, by iść dalej. Wiem, że w każdej chwili mogę na nich liczyć, nawet w kwestiach pomocy finansowej – dodaje. – Nie naciskali na mnie nigdy, wręcz podkreślali, że wszystko zależy od mojej decyzji.

Cztery pory roku

Kiedy myśli o swojej przyszłej posłudze, chciałby, żeby każde z działań niosło nadzieję. – Chciałbym być dobrym zakonnikiem, pasterzem wspólnoty, i wspierać ludzi, którzy tracą wiarę w przyszłość. W Kenii wielokrotnie widziałem osoby, które, mimo że dobrze wykształcone, nie mogły znaleźć pracy. To odbierało im siłę do dalszego działania. Chciałbym pokazywać im, że nie są same, że z każdego upadku można się podnieść. Właśnie to, moim zdaniem, jest wspaniałe w Kościele: możesz oddać wszystko Bogu, powiedzieć Mu, że czujesz się okropnie i On da ci siłę, by krok po kroku zmieniać tę sytuację, odmieniać swoją przyszłość – mówi franciszkanin.

Informacja, że swój program formacyjny będzie kontynuował w Polsce, była dla niego zaskoczeniem. – Nie wiedziałem, co mnie czeka. Powtarzałem sobie słowa, które usłyszałem jeszcze w Afryce – że Pan, który wzywa, wskaże mi drogę. Mimo to byłem przygotowany, że będzie ciężko. Słyszałem, że nie ma tutaj ludzi otwartych na innych. Okazało się, że jest zupełnie inaczej, bracia przyjęli mnie serdecznie. Czuję, że będę polskim zakonnikiem – uśmiecha się. W Panewnikach brat Joseph chodzi na intensywne lekcje polskiego, będzie studiował teologię i filozofię. Stara się dużo mówić i czytać, ale, jak szczerze przyznaje, czasem jeszcze nie rozumie kompletnie nic. Ma już swoje ulubione słowa, np. „kościół”.

– Lubię też patrzeć na padający śnieg. To jest piękne! Ale nie lubię zimy i zimna. Czekam na wiosnę i lato, żeby w końcu było ciepło. Podoba mi się, że tutaj, w Polsce, są cztery pory roku. Tam, skąd pochodzę, są tylko dwie – sucha i deszczowa – mówi. Brat Joseph polubił też niektóre polskie dania, np. pierogi ruskie. – Ogólnie tutejsza kuchnia w ogóle nie przypomina tej w Kenii. Moja mama zajmowała się uprawą ryżu i ziemniaków. One były podstawą wielu dań. Brakuje mi mięsa koziego i owczego, które są u mnie bardzo popularne, albo placków z mąki kukurydzianej i wody. W Kenii mieszkańcy jedzą też dużo warzyw. Popularny jest szpinak, który jadłem też tutaj, ale nie spotkałem jeszcze jarmużu, który lubię. W moich stronach nazywa się go sukumawiki – wymienia zakonnik.

« 1 »
oceń artykuł Pobieranie..

Wyraź swoją opinię

napisz do redakcji:

gosc@gosc.pl

podziel się

Zapisane na później

Pobieranie listy

Reklama