Nowy numer 19/2021 Archiwum

Jezu, weź mi pomóż!

"To będzie moja żona" - powiedział na widok Magdy. Śliczna 17-latka bała się jednak takiego wytatuowanego typa. - Koledzy też bardzo mi pomogli, bo mnie przedstawili: "To jest Tomek. Tomek właśnie wyszedł z więzienia" - śmieje się dzisiaj mężczyzna.

Tomek Czauderna pochodzi z dobrej, wierzącej i praktykującej rodziny. – Miałem, co jeść i w co się ubrać, w domu nie brakowało mi miłości. Pan Bóg mnie obdarował, byłem bardzo dobrym uczniem i sportowcem, ale z drugiej strony byłem nieśmiały i zakompleksiony, nie umiałem zagadać. Szybko wykumałem, że dobrymi wynikami w szkole i w sporcie to mogę zaimponować co najwyżej rodzicom i nauczycielom... To mnie nie interesowało, ja chciałem imponować rówieśnikom – wspomina.

– Dlatego w połowie podstawówki zaczęły się papieroski i alkohol, potem lekkie narkotyki – dodaje.

Życie, jakie widział u starszych, z niekończącym się cyklem: praca, dzieci, praca, dzieci, nie wydawało mu się atrakcyjne. – Chciałem się bawić, być wolny. Mówiłem wtedy, że chcę żyć jak świnia: nażreć się i, kiedy będzie trzeba, umrzeć – mówi. Wydawało mu się, że na tym polega wolność.

Noc na klatce

Kasę na narkotyki podkradał z portfeli rodziców. Z czasem zaczął chodzić na włamania do sklepów. Próbował coraz twardszych narkotyków, zaczął też nimi handlować. Nie czuł się narkomanem, wręcz gardził ćpunami. Widział, jak imponuje rówieśnikom tym, że potrafi wiele załatwić.

– Jednocześnie jednak coś traciłem. Odcinałem się od rodziny i prawdziwych przyjaciół, a otaczałem się dzieciakami tak samo pogubionymi jak ja. Zaczęły się heroina i strzykawki. Tata powiedział: „Chcesz, żebyśmy ci pomogli, to nie wychodzisz z domu nawet na minutę, póki nie znajdziesz ośrodka odwykowego. A jeśli nie chcesz, to dzisiaj pakujesz się i wyprowadzasz”. Wtedy, jako dealer, miałem jeszcze mnóstwo pieniędzy, więc wyszedłem z domu. Wierzę, że to Duch Święty kierował moimi rodzicami. Narkoman, który mieszka z mamą i tatą, ma jedzenie i miejsce do spania, kombinuje tylko nad zdobyciem prochów. Bez tego ultimatum rodziców albo bym się zaćpał, albo by mnie zabili – mówi.

Kiedy musiał troszczyć się o siebie sam, w ciągu kilkunastu miesięcy spadł na dno. Gdy skończyły się mu pieniądze, ulotniło się też towarzystwo – tak zawsze jest wśród narkomanów. Został sam.

– Po odejściu z domu mieszkałem w wynajętym mieszkaniu. Wszystko jednak przećpałem i trafiłem na ulicę. Budziłem się po piwnicach. Spuchła mi noga, wyglądałem jak zombie, ważyłem 50 kg. Pamiętam noc na głodzie na klatce schodowej. Miałem w kieszeni pieniądze, ale w nocy dealerzy nie handlują narkotykami. I kiedy leżałem taki obolały i samotny, przypomniałem sobie o Bogu. Zawsze wierzyłem, że Bóg jest, ale Kościół to była dla mnie instytucja staruszków w dziwnych czapkach. Powiedziałem: „Panie Jezu, weź mi pomóż. Ja już nie chcę być narkomanem. Nie umiem z tego wyjść, ale nie chcę ćpać”. Następnego dnia wziąłem działkę i o tej modlitwie zapomniałem. Ale Pan Bóg o niej nie zapomniał – mówi.

Ratunek dla Tomka przyszedł w sposób zaskakujący – trafił do więzienia za rozbój, później śledczy dołożyli mu też zarzuty za hurtowy handel narkotykami i udział w zorganizowanej grupie przestępczej. Został skazany na 7 lat i 3 miesiące. – Dla 21-latka to jedna trzecia życia, niewyobrażalnie długo – mówi.

Boże, chroń Czaczę

W więzieniu jednak nie mógł już ćpać. – Okazało się, że to znowu nie aż tak straszne miejsce: tylko jesz, ćwiczysz i tatuujesz się. Dlatego teraz wyglądam jak ścianka ogłoszeniowa. Chodziłem tam na Msze św., ale głównie dlatego, że nic innego nie było do roboty – mówi.

Po kilkunastu miesiącach odsiadki spotkał więźnia, który miał na plecach „wydziarany” napis po niemiecku: „Boże, chroń mnie”. – Pomyślałem, że to fajny tekst, ale jako patriota dałem sobie zrobić tatuaż po polsku: „Boże, chroń Czaczę” – wspomina. „Czacza” to jego ksywka.

– Nie polecam nikomu robienia tatuaży. Im więcej ktoś ich ma, tym ma też nieraz więcej kompleksów. Ale wtedy, w więzieniu, to była jedyna modlitwa, na jaką było mnie stać, inaczej modlić się nie umiałem – wspomina Tomek.

Kilka dni po zrobieniu tej „dziary” w jego życiu zaczął się zaskakujący zwrot. Wezwał go sędzia. Powiedział: „Widzę, że pan się demoralizuje w więzieniu. Wypuszczę pana, jeśli znajdzie pan sobie jakiś odwyk i pójdzie się leczyć”.

– Zapewniłem, że chcę się leczyć, ale w rzeczywistości to chciałem od razu po wyjściu się naćpać... Na szczęście prosto z więzienia trafiłem do domu – mówi.

Rodzice załatwili mu pobyt w katolickiej, międzynarodowej wspólnocie Cenacolo. Narkomani wracają w niej do zdrowia wyłącznie dzięki modlitwie i ciężkiej pracy. Ponieważ sędzia obiecał Tomkowi, że po miesiącu przedłuży mu zwolnienie na pół roku, Tomek kombinował: „Wytrzymam tam miesiąc, żeby potem przez pół roku się bawić”.

W domu Cenacolo w Krzyżowicach koło Jastrzębia zdumiało go, że chłopaki, którzy tak jak on kiedyś ćpali, byli niesamowicie radośni. Jego „aniołem stróżem” został narkoman, który też był kryminalistą, i to o dłuższym stażu w więzieniu. Tomek, przyzwyczajony do więziennej hierarchii, słuchał go. – Jednak długo działałem tam „po narkomańsku”: pracowałem tylko, gdy ktoś patrzył – wspomina.

Został tam na dłużej. Cenacolo zmieniało go na lepsze, ale na razie nie była to pełna zmiana. Jeździł na leczenie żółtaczki do szpitala, a tam dwa razy wziął narkotyki. – Traciłem w ten sposób to, co już wypracowałem. Wróciłem do wspólnoty i myślę: „Bez sensu. Siedzę tu już 12 miesięcy, a nic nie zmieniłem w swoim życiu. Albo się zaraz stąd zawijam, albo zostaję i robię wszystko na 100 procent, jak reszta chłopaków”. I wtedy zacząłem pracować nie dlatego, że mi każą, zacząłem naprawdę żyć we wspólnocie – mówi.

Ksiądz narkoman

W Cenacolo jest zasada, żeby do wszystkiego przyznawać się przed chłopakami, nawet do drobnych przewin, jak stłuczenie talerza. Skoro jednak od razu nie przyznał się do swojej poważnej winy, czyli zażycia narkotyków w szpitalu, później już tym bardziej nie umiał. Ciążyło mu to.

Został przeniesiony do domu Cenacolo w Tarnowie. Po pół roku przyjechał tam z wizytą ks. Iwan, Chorwat, były narkoman.

– Czułem przed nim respekt. Jest kumaty i nie da się go owijać wokół palca, bo też był narkomanem. Poszedłem do niego i się przyznałem. Myślałem, że mnie zeżre, że mnie odeśle na jakiś odwyk. A on mnie przytulił i powiedział: „Tomek, dziękuję ci”. Parę dni później okazało się, że zostałem odpowiedzialnym za cały dom w Tarnowie i dwudziestu paru chłopaków – opowiada.

Z Cenacolo wyszedł po 3 latach. – Miałem 26 lat i byłem zupełnie innym człowiekiem, pełnym radości, pełnym życia – mówi.

Kontynuował znajomość z Magdą, która wspierała Cenacolo i odwiedzała czasem dom w Jastrzębiu. Z początku dziewczyna bała się Tomka. A on, od dnia, w którym ją zobaczył, codziennie modlił się, żeby Bóg dał mu ją za żonę. W końcu się z nim zaprzyjaźniła.

Uderzam do Ciebie

Poszedł do szkoły, zdał maturę, jednocześnie dużo pracując; w Cenacolo nauczył się, że praca też może być modlitwą.

Lata jednak mijały. Nie wstąpił do żadnej wspólnoty, poza parafialną, a w kościele widywał ludzi, którzy byli w nim jakby na siłę, jakby się nudzili. – Powoli zacząłem tracić Pana Boga z pierwszego miejsca w życiu. Modliłem się, ale zdarzyło mi się na przykład kiedyś pojechać w niedzielę na ryby zamiast do kościoła. Mimo to Bóg dalej mi błogosławił, zostałem też uleczony z żółtaczki. Z Magdą zostaliśmy parą – mówi.

– Miałem 30 lat, kiedy zadowolony i opalony jak młody bóg wróciłem z wakacji. Na szyi wyskoczyła mi wtedy taka kulka. Jak to facet, z początku nie poszedłem do lekarza, ale ona rosła. W końcu idę i mówię: „Panie doktorze, albo mi druga głowa rośnie, albo się rozmnażam przez pączkowanie. Niech mi pan doktor da jakąś tabletkę”. Lekarz posłał mnie natychmiast do onkologa. W rozsuwanym wejściu minąłem się z sanitariuszami, którzy wynosili zwłoki. Na raka zmarła moja babcia, więc się załamałem. Całą noc płakałem, ale też porozmawialiśmy sobie z Panem Jezusem. Mówię Mu: „Panie Jezu, ja Ci oddaję moje życie. To jest Twoje życie, Tyś mnie powołał do życia. Jeżeli chcesz, żebym umarł, to ja się zgadzam i uderzam do Ciebie. Ale jeśli mogę Ci coś zasugerować, to proszę Cię, żebyś mnie jeszcze tu zostawił, bo jeszcze się nie nażyłem i fajnie tutaj jest, jeszcze bym chciał tutaj pożyć”. Rano wstałem i już się nie bałem. Nie jestem jakiś kozak, ale Pan Bóg mi dał taką siłę, że chodziłem z bananem na twarzy, zagadywałem i rozśmieszałem innych chorych – wspomina.

Magda zaczęła zabierać go na kolejne Msze św. i nabożeństwa, w czasie których modlono się o uzdrowienie – np. na Tyskie Wieczory Uwielbienia czy na spotkanie z ks. Johnem Bashoborą. Tam na nowo odkrywał radosny Kościół, który pamiętał z Cenacolo.

Na tych spotkaniach usłyszał zachętę, żeby modlić się też za siebie nawzajem, że to nie jest zarezerwowane tylko dla „katolickich celebrytów”, ale dla każdego zwykłego chrześcijanina. Zaczęli się modlić za siebie z Magdą i znajomymi. Zobaczyli, że Pan Bóg ich wysłuchuje.

– Kiedy wyzdrowiałem, pobraliśmy się z Magdą we Wszystkich Świętych 3 lata temu. Zamiast imprezy w knajpie zrobiliśmy uwielbienie całej naszej wspólnoty w kościele. Ślub był 8 lat po tym, jak się w Magdzie zakochałem. Dzisiaj, gdy się czasem pokłócimy, ona mówi: „Ja się modliłam o dobrego męża, a ty się modliłeś o mnie, więc masz, co masz” – śmieje się.

Tomek z Magdą kończą w tym roku szkołę katechetów parafialnych. Ksiądz Grzegorz Strzelczyk i inni wykładowcy, także świeccy, porywająco mówią w niej słuchaczom o Bogu, o Biblii, o Kościele. – Każdemu tę szkołę polecamy – mówią. Są dzisiaj liderami wspólnoty „Syjon” w parafii Opatrzności Bożej w Katowicach-Zawodziu.

« 1 »
oceń artykuł Pobieranie..

Wyraź swoją opinię

napisz do redakcji:

gosc@gosc.pl

podziel się

Zapisane na później

Pobieranie listy

Reklama