Nowy numer 24/2021 Archiwum

Wciśnięci do nieba

W drugie święto mężczyzna wieszał się na tyskim wiadukcie, bo miał już dość życia. „Chopie, co ty robisz, idź do stajenki!” – powstrzymali go przechodnie. Posłuchał. Wszedł na dziedziniec kościoła św. Franciszka i św. Klary.

W tym miejscu w ostatnie Boże Narodzenie stała wielka, żywa szopka, wzniesiona przez trzeźwych alkoholików ze wspólnoty Betlejem. – W drugie święto miałem jechać na kawę do rodzinnego domu w Podlesiu, ale wszedłem jeszcze na stajenkę. Patrzę, a tu idzie do mnie jakiś mężczyzna, widać, że jego twarz jest zmaltretowana przez lata picia alkoholu. Otwiera torbę i pokazuje mi linę z pętlą – mówi o. Wawrzyniec Jaworski ze wspólnoty Betlejem, franciszkanin i budowniczy kościoła. – Przyjęliśmy go do wspólnoty i widzę, że bardzo dobrze w nią wszedł. Jestem przekonany, że to Opatrzność doprowadziła do tego, że wszedłem tam jednocześnie z nim – dodaje.

Nowy chyba umiera

Ostatnie święta Bożego Narodzenia dla wspólnoty Betlejem były niezwykłe. W Wigilię po 15.00, czyli w Godzinie Miłosierdzia, pojawił się w niej wyjątkowy gość. Był to bezdomny rodem z Mikołowa. Od lat pił wszystko, co zawierało alkohol. W ostatnią Wigilię był jednak, o dziwo, całkiem trzeźwy.

Pod drzwi tyskiego klasztoru franciszkanów przywieźli go policjanci. – Powiedzieli, że nikt nie chciał go przyjąć. I jeśli my go nie weźmiemy, to chyba będą musieli go gdzieś wysadzić. Ucieszyłem się, że wreszcie pusty talerz na wigilii się przyda – mówi franciszkanin.

Okazało się, że mężczyzna był zbyt słaby, żeby iść. Nie było noszy, więc panowie ze wspólnoty Betlejem podwieźli go do budynku na taczce. Sami w przeszłości przeszli przez piekło pijaństwa, więc pomogli gościowi się wykąpać. – Szybko się położył, nie zszedł na kolację wigilijną. Po jej zakończeniu poszedłem do niego, pogadaliśmy. Czuł się już trochę lepiej – wspomina o. Wawrzyniec.

Następnego dnia franciszkanin odprawiał Mszę św. przed żywą szopką. W czasie homilii, którą głosił o. Emil, proboszcz, nadbiegł jeden z mężczyzn ze wspólnoty. – Powiedział, że z tym nowym coś się dzieje, chyba umiera. Poleciałem tam, zdążyłem go rozgrzeszyć – mówi o. Wawrzyniec.

Mężczyzna umarł czysty, w warunkach godnych człowieka. – Udało się w jego przypadku to, po co w ogóle założyliśmy ten dom Betlejem. Jego mieszkańcy wszystko w życiu roztrwonili. Nie każdy z nich umie wyjść na prostą i zacząć wszystko od początku, zwłaszcza jeśli jest już w pewnym wieku i stanie zdrowia, kiedy ciąży na nim dług powyżej 100 tys. zł, np. z powodu alimentów. Mimo to każdy z nich może zostać zbawiony! A to najważniejsze, co jest do osiągnięcia. Więc bardzo się cieszę, żeśmy tego biednego „wciśli” do nieba – mówi z pasją o. Wawrzyniec.

Zaproszenie od Darków

Każdy chrześcijanin musi się na nowo nawracać, żeby nie popaść w stagnację i rutynę. Ojciec Wawrzyniec uważa, że głęboko nawrócił się, gdy zaczął pomagać biednym. Świętował wtedy 25-lecie kapłaństwa. W czasie modlitwy u przyjaciół ze wspólnoty Mamre górnolotnie poprosił „o rozpalenie charyzmatów kapłańskich”. – Poczułem wtedy w sercu taki głos, przynaglenie: „Chopie, skończ tą wielką gadkę, idź do biednych, będziemy biednych łowić” – wspomina.

« 1 2 »
oceń artykuł Pobieranie..

Wyraź swoją opinię

napisz do redakcji:

gosc@gosc.pl

podziel się

Zapisane na później

Pobieranie listy

Reklama