Nowy numer 24/2021 Archiwum

Zasada: nie migać się

Mówi o sobie, że jest tchórzem. W czasie pandemii przeżył najlepsze rekolekcje w życiu.

Kiedy pytamy oblata Maryi Niepokalanej o. Bartosza Madejskiego OMI o brata Marka, od razu słyszymy, że może być ciężko przekonać go do rozmowy. – On jest skromny – mówi proboszcz parafii w Katowicach-Koszutce. To w tej wspólnocie od blisko 4 lat posługuje br. Marek Motyka OMI, który był wolontariuszem „covidowym” w 7 domach pomocy społecznej. – To żadne bohaterstwo – zaznacza od razu. Zgadza się opowiedzieć o swoich doświadczeniach, mimo wyraźnego wahania.

Świdnica, Starachowice, Żerniki Wrocławskie, Mszana Dolna, Izdebnik k. Krakowa, Miechów i Wrocław – w tamtejszych DPS-ach oblat był wolontariuszem. Zostawał czasem na tydzień, czasem na trzy, w zależności od potrzeb. – Szczerze muszę się od razu przyznać, że jestem tchórzem. Kiedy dostaliśmy wezwanie, by się zgłosić, wystraszyłem się. Dwóch ojców wyjechało do Lublińca, a ja byłem przekonany, że w moim wieku to może być niebezpieczne. Później przyszła refleksja, że nasze zgromadzenie jest powołane do głoszenia Ewangelii ubogim, więc teraz jest na to czas i powinienem to robić, jak umiem: czynem – uśmiecha się.

Brat Marek nie miał wcześniej doświadczenia pracy w szpitalu czy DPS. – Tyle że przed klasztorem pracowałem chwilę jako hydraulik w szpitalu, więc trochę zaplecza zobaczyłem. Ale w pierwszym domu powiedziałem personelowi od razu: „Jestem zielony jak jabłko”. Założenie miałem tylko jedno – nie migać się od niczego. Zawsze staram się stosować do tej zasady. Kiedy posługiwałem na Ukrainie, musiałem zająć się gotowaniem. Moja mama wysyłała mi wtedy przepisy i krok po kroku je realizowałem, chociaż nigdy wcześniej tego nie robiłem – wspomina.

Dziś przyznaje, że wolontariat pozwolił mu doświadczyć ogromnego dobra. – Widziałem ogrom poświęcenia personelu, na przykład dyrektorki DPS-ów, które brały dyżury na zmywaku, kapucyna, który z całą wspólnotą zgłosił się na wolontariat, albo siostrę dominikankę, która – mimo chorego kręgosłupa – przyjechała z pomocą. W pamięć zapadła mi pani Ewa, która na trzy tygodnie z własnej woli została sama na dyżurze w kuchni. Inni się wycofali, więc ona, żeby podołać obowiązkom, gotowała od 4.00 rano do wieczora – opowiada.

Nie zabrakło też i smutnych chwil. – Nie oceniam tych, którzy ze strachu brali zwolnienie. Widziałem takie sytuacje. Wtedy myślałem, że właśnie po to jestem: nie mam żony czy dzieci, które bym narażał. Byłem na nocnej pielgrzymce mężczyzn z Radomia do sanktuarium w Błotnicy. W trakcie zachęcałem do tego, by się zaangażować w wolontariat, ale z tego, co wiem, nikt się nie zgłosił – brat Marek zawiesza na chwilę głos. – Słyszałem też, że w jednym z seminariów przełożeni nie zgodzili się na wolontariat kleryków. Powodem miały być rekolekcje, a przecież ten czas to dla mnie były najlepsze rekolekcje w życiu – zauważa.

« 1 2 »
oceń artykuł Pobieranie..

Wyraź swoją opinię

napisz do redakcji:

gosc@gosc.pl

podziel się

Zapisane na później

Pobieranie listy

Reklama