Nowy numer 3/2021 Archiwum

Boża strategia

O świętach naznaczonych pandemią i o łasce, która nie boi się natury mówi ks. dr Krzysztof Matuszewski

Ks. Tomasz Wojtal: Jak prawda o Bożym narodzeniu może pomóc nam dobrze przeżyć święta w czasach zarazy?

Ks. Krzysztof Matuszewski: Święta to spotkanie z tajemnicą Boga bliskiego, który przyjął ludzką naturę – z ciałem, intelektem, emocjonalnością, wszystkimi ograniczeniami, także podatnością na wirusy, zmiany klimatyczne czy społeczne. Nie wolno nam o tym zapominać. Czytamy, że On„stał się do nas podobny we wszystkim oprócz grzechu” (Hbr 4,15).

Bóg wchodzi w naszą historię – leży w pieluchach, płacze, potrzebuje przytulenia jako niemowlę. Celebrujemy niezwykłą prawdę pełną paradoksów! Śpiewamy: „Ma granice Nieskończony”. Bóg daje się ograniczyć, niejako zawęża swoją boską perspektywę, przyjmując ludzką, kruchą kondycję. Zatrzymanie przy żłóbku, przy Bogu, który z miłości przyjął ograniczenia, daje wsparcie i nadzieję, równocześnie stanowi piękną inspirację. Dzięki Niemu i z Nim łatwiej znosić nasze ograniczenia.

Pandemia to bez wątpienia czas wielu ograniczeń – reżim sanitarny, zmniejszenie kontaktów interpersonalnych, sporo szybkich zmian, za którymi umysł i serce nie zawsze nadążają i różnie reagują – buntem, wyparciem lub zbytnim lękiem.

Trochę przypomina to sytuację Świętej Rodziny zmierzającej do Betlejem – obowiązek obywatelski związany ze spisem ludności, presja czasu, gorączkowe poszukiwanie miejsca noclegowego, w kraju napięcia z powodu niewoli. Trudno w tym wszystkim o poczucie bezpieczeństwa. I nagle zatrzymanie: teraz Ono – Dzieciątko stanowi centrum. Świat szaleje, zimno, niebezpiecznie, a Maryja trzyma największe ciepło i miłość świata – Księcia Pokoju. Głębokie zatrzymanie przy Nowonarodzonym zmienia serce, uspokaja, daje nadzieję. Rodzice Jezusa także zmagali się z realnymi i bolesnymi ograniczeniami. Wprawdzie pojawiają się aniołowie, Bóg mówi w snach, to jednak oni mają konkretną „robotę do wykonania” – zaspokoić potrzeby tego Dziecka, zadbać przy pomocy rąk, nóg i rozumu o Jego komfort. Jednocześnie wierzą, że ręka Pana czuwa nad ich ludzkim wysiłkiem. U nas podobnie – mamy wykonać trudne zadanie pomocy sobie i innym w pandemii, wykorzystać ludzkie środki, wierząc, że Bóg w tym jest, jest bliżej, niż się nam wydaje.

Przed nami perspektywa kameralnych świąt. Dla niektórych będzie to pierwsze Boże Narodzenie po stracie bliskiej osoby. W pandemii wolne miejsce przy wigilijnym stole nabiera głębszego znaczenia. Jak sobie z tym radzić? Jak towarzyszyć cierpiącej osobie?

Ważny będzie klimat porozumiewania się z osobą po stracie. I wcale nie chodzi tu o słowa. Nie jest najważniejsze, co mówimy, ale jak to robimy. Udzielić wsparcia w stracie nie oznacza dawania porad w stylu: „czas leczy rany”, „ogarnij się”, „ja w twoim wieku to potrafiłem lepiej”. Współodczuwać to pozwolić drugiemu, by przeżywał. Pamiętam ciekawe kondolencje, które złożyła mi znajoma psychoterapeutka w dniu pogrzebu mojej mamy. Powiedziała: „Krzysztof, dużo siły, nadziei, a przede wszystkim dużo przeżywania! Uśmiechałem się, myśląc: typowe życzenia psychologa. Jednak bardzo ludzkie. Strata wymaga przeżywania, szacunku dla uczuć. Dla łez, które oznaczają, że ktoś ważny odszedł. Nie zastąpi go nikt inny. Przeżywanie straty zazwyczaj ma swoje etapy. Najpierw jest szok i wyparcie, z myślą, że to nie mogło się wydarzyć, później przychodzi etap emocji – żalu, złości i poczucia winy; kolejny etap nazywamy „targowaniem się”, z pytaniem: dlaczego, kierowanym nieraz do Boga. Dopiero pod koniec przychodzi smutek w czystej postaci. Jest jak fala, z którą nie mamy walczyć, ale pozwolić, by przechodziła. W żałobie w odróżnieniu od depresji smutek przychodzi falami o różnych porach dnia i nocy, często niespodziewanie. Potrzeba czasu, by przyszedł moment akceptacji. Towarzysząc osobom w stracie, sami mamy być cierpliwi, empatyczni, gotowi do „pomieszczenia” nie swoich emocji.

Niektórym wydaje się, że nie potrzebują pomocy drugiego człowieka. Uważają, że skoro Bóg stał się człowiekiem, to On sam wystarczy. Niektórzy odnoszą to także do zagrożenia epidemicznego…

Pamiętajmy, że strategia Boga jest jedyna w swoim rodzaju. On wszedł w głęboką relację z człowiekiem, przemówił przez człowieka. Odkąd Syn Boży stał się człowiekiem, sprawy ludzkie nabierają nowego znaczenia. Zjednoczenie Boga z człowiekiem w Jezusie pociąga za sobą miłość i szacunek do rzeczywistości ziemskiej, która też jest przecież Bożym dziełem. Bóg ma ludzką twarz i posługuje się człowiekiem, przemawia przez niego. Przykład: ze złamaniem otwartym nie biegniemy przecież na adorację, ale do lekarza, by nastawił, zoperował i założył gips.

U psychologa podobnie, kiedy coś nie gra w regulacji emocji, np. ze względu na depresję lub zaburzenia nerwicowe, wtedy specjalista, który zna temat, może pomóc.

Jak nauczał św. Tomasz z Akwinu: „łaska buduje na naturze” − łaska nie pomija natury, ale szanuje jej prawa.

Problem pojawia się wtedy, kiedy o tym zapominamy i myślimy tak, jakbyśmy nie posiadali ciała i uważali, że Bóg sam za nas zrobi wszystko. To nie jest chrześcijaństwo. To jakaś forma herezji gnostycyzmu czy nowa forma jansenizmu, gdzie pomija się drogę naturalną, traktując ją jako wyraz niewiary. Dziś, w dobie pandemii, wielokrotnie można spotkać takie reakcje: „Bóg ma moc nas uzdrowić i ocalić, dlatego nie założymy maseczki i nie zaszczepimy się”. Przypomnę, że przykazanie brzmi „Nie będziesz wystawiał Pana Boga na próbę (Łk 4,12). Wiara w cuda nie oznacza wymuszania cudów. Oczywiście psycholog nie jest od wszystkiego. To nie szafarz sakramentów i kierownik duchowy. Jeżeli jednak może coś zrobić w obszarze porządkowania emocji, zmiany patologicznych schematów myślowych czy dojrzewania uczuciowego, to będzie raczej korzystne także dla dojrzałości w wierze.

Pandemia wywróciła nasze życie do góry nogami. Jaką prawdę o nas ludziach obnażyła? Jacy będziemy po pandemii?

Trudne pytania. Chyba jeszcze musimy poczekać na rzetelne wnioski. Część z nas pozytywnie zatrzymała się, dostrzegła, że w całej życiowej bieganinie nie potrafimy żyć tu i teraz. Nie przeżywamy życia, ale je pochłaniamy, planujemy, chorobliwie gromadzimy. Jesteśmy myślami w przyszłości. A zgodnie z logiką, skoro mentalnie jesteśmy w przyszłości, a nie ma nas tu i teraz, to znaczy, że nie ma nas nigdzie. Niektórzy odkryli to, gdy czas im się zatrzymał. Docenili wartość relacji, także relacji z Bogiem.

Dla wielu tempo i ilość zmian uruchomiły różne obrony. Widać to w życiu religijnym, w reagowaniu lękiem lub agresją. Są to emocje, które pojawiają się, gdy odbieramy sytuację jako zagrażającą. Jak to!? Przecież zawsze przyjmowaliśmy Komunię do ust, spowiadaliśmy się regularnie! Niektórzy uwierzyli teoriom spiskowym i pseudoobjawieniom. Inni poczuli odrzucenie. Tak działa nasza psychika. Potrzeba dobrej edukacji, także w obszarze wiary, np. w ramach katechezy dorosłych. Dla wielu niepewność wynika z braku wiedzy na temat fundamentów wiary.

Zagrożeniem jest też potężna dezinformacja, która pojawia się w przestrzeni wirtualnej i sprzyja polaryzacji napięć. Zbyt szybko przyjmujemy pewne informacje, które wytrącają nas z równowagi. W ostatnich miesiącach zobaczyliśmy, jacy jesteśmy niecierpliwi, ile w nas nadmiarowego lęku. W sytuacji kryzysowej zawęża się spojrzenie, ogranicza się perspektywa. Patrząc na dziurę w całym, zapominamy, że oprócz dziury jest jeszcze to całe.

Czego możemy życzyć sobie na te Święta?

Przede wszystkim prawdziwego zatrzymania i dobrego przeżywania! Zachowania większej równowagi między życiem a technologią. Wielu pięknych spotkań z Nowo- narodzonym i odkrywania Jego śladów w sobie oraz w innych. • tomasz.wojtal@gosc.pl

« 1 »
oceń artykuł Pobieranie..

Wyraź swoją opinię

napisz do redakcji:

gosc@gosc.pl

podziel się

Polecane filmy

Zapisane na później

Pobieranie listy

Reklama