Nowy numer 4/2021 Archiwum

Bez instrukcji obsługi

Na stole leżały materiały z seminarium dla rodziców nastolatków. Tobiasz przyjrzał się im i pobiegł do pokoju Wiktorii. – Rodzice chcą nas wyrolować – oznajmił.

Rodzicielstwo zastępcze było jednym z tematów poruszonych przez Magdalenę i Sebastiana w czasie… narzeczeństwa. – Naprawdę! Już wtedy ustaliliśmy, że chcemy mieć nie tylko własne dzieci, ale zaopiekujemy się również takim, które potrzebuje pomocy – zapewnia z uśmiechem Magdalena Imiołczyk.

Jednak od podjęcia decyzji do pojawienia się w ich domu dziewczynki minęło sporo czasu. Kursy, dokumenty, zaświadczenia – dziś przyznają, że wykonywane zawody umożliwiły im przebrnięcie przez procedury. Ona ma własną firmę, a co za tym idzie w miarę elastyczne godziny pracy. Jemu sprzyjało doświadczenie policyjne i wyrozumiały szef. – Samych spotkań należało odbyć ponad 100 godzin. To był prawdziwy trening wytrwałości. Procedura potrafi zniechęcić tych nie do końca przekonanych – zauważa Sebastian Imiołczyk. Po zakończeniu całego procesu i tak przyszło im czekać. Aż w ich życiu pojawiła się Wiktoria. – Później wszystko potoczyło się błyskawicznie. Pierwsze spotkanie odbyliśmy w domu dziecka, drugie było wspólnym wyjściem. Trzeci raz: odwiedziny u nas. To było krótko przed jej 7. urodzinami, które obchodziła już z nami. Po dwóch miesiącach mieliśmy przyznaną pieczę zastępczą – wspomina Magdalena.

To nie jest plebiscyt

Rodzicielstwo zastępcze w teorii ma być sytuacją przejściową – dziecko ma trafiać pod opiekę w przypadku, gdy jego sytuacja prawna jest nieunormowana lub rodzice z jakichś powodów nie mogą się nim zająć. Często na takie rozwiązanie decydują się bliscy dziecka, np. dziadkowie czy rodzeństwo matki. – Wiktora nie jest z nami spokrewniona. Ale nasza sytuacja nie jest typowa również pod innymi względami. Na przykład Tobiasz, nasz syn, jest od niej rok młodszy, chociaż według przepisów powinno być odwrotnie. Coś jednak podpowiadało nam od początku, że to się może udać – wyjaśnia Magdalena. – Ważne, żeby pamiętać o jednym: kiedy decydujemy się na spotkanie z dzieckiem, musimy mieć pewność, że chcemy je wziąć. To nie jest plebiscyt, czy ono się nam spodoba, czy nie. Ten krok to ostateczne wyrażenie gotowości na rodzicielstwo zastępcze. Tylko dziecko może zrezygnować, powiedzieć, że coś mu się nie podoba – zaznacza.

Po pierwszych kontaktach 7-letnia Wiktoria była zachwycona nowymi opiekunami. Później zaczęły się trudności. – Zaczęliśmy zauważać pewien bagaż doświadczeń, jaki ze sobą niosła. To czasem były banalne sytuacje: zachwycała się wanną albo była zdziwiona normalnymi zakupami. Zaskoczyły ją też tradycje świąteczne – mówi Magdalena. – Zaczęliśmy zdawać sobie sprawę, że nie wszystko, co dla nas jest naturalne, ona zna i rozumie – wtrąca Sebastian. – Do tego doszła rywalizacja z Tobiaszem. Wszystko chciała robić lepiej niż on. I to właśnie syn zrobił największą robotę w procesie adaptacyjnym Wiktorii, pomógł jej i stał się jej wzorem. Z czasem zamiast walczyć, zaczęła podążać za nim i uczyć się wielu rzeczy – mówi Magdalena. – Pamiętam jak Tobiasz z przejęciem tłumaczył babciom, że nie każde dziecko mama musi urodzić, że są takie, które przychodzą już całkiem duże. Rodzina bardzo nas wspierała. Babcie naturalnie zaczęły opowiadać o wnuczce – dodaje Sebastian.

Każdy tak ma

Kluczem do sukcesu były cierpliwość i wsparcie ze strony MOPS-u, np. poprzez szkolenia i konsultacje. – To było bardzo budujące − odkryć, że wiele emocji, które towarzyszą rodzicom zastępczym, jest wspólnych. Siedziałam wtedy i myślałam: „Czyli wszyscy tak mają, nie tylko ja” – uśmiecha się Magdalena. – Mogę nawet powiedzieć, że takie kursy, w jakich uczestniczyliśmy, przydałyby się każdemu rodzicowi. Otwierają oczy na wiele rzeczy, pomagają uniknąć wielu błędów popełnianych z braku świadomości – dodaje. – Powtarzam to w rozmowach: nikt nie dostaje dziecka z instrukcją obsługi. Tobiasza przywieźliśmy ze szpitala i nie wiedzieliśmy, co będzie dalej. Córkę poznawaliśmy tak samo, powoli ucząc się siebie wzajemnie – mówi Sebastian.

Małżeństwo nie ukrywa, że bycie rodzicem zastępczym to ogromne wyzwanie. Czasem administracyjne – kiedy okazuje się, że nawet najprostsze procedury muszą być zatwierdzane sądownie. – Wyrobienie paszportu miało nie zająć nam wiele czasu, a w praktyce rok nie wystarczył. Później, kiedy stracił ważność, byłam przekonana, że odnowienie jest formalnością. Niestety myliłam się, znowu procedura rozpoczęła się od nowa – wspomina Magdalena.

Czasem genealogiczne i… sakramentalne. – W Polsce nie ma rozwiązań, które pozwoliłyby szczegółowo prześledzić historię dziecka. To znaczy wiemy, kiedy trafiła do domu dziecka, ale nikt nie potrafi nam powiedzieć, czy wcześniej nie była np. hospitalizowana albo nie trafiła interwencyjnie, na krótko, do innej placówki opiekuńczej. Nie znamy też jej rodziny: dziadków czy wujków, nawet nie wiemy, czy rodzice mieli rodzeństwo – mówi Sebastian. – Od początku przyjęliśmy zasadę, że jeżeli córka o coś zapyta, mówimy prawdę. Ale są rzeczy, których nie wiemy i nawet nie mieliśmy skąd się dowiedzieć – dodaje Magdalena. Tak było z sakramentem chrztu. – Nikt nie przekazał nam, czy Wiktoria była ochrzczona. Postanowiłam zadzwonić do wszystkich parafii w miejscu jej urodzenia. Wszędzie prosiłam księży, żeby sprawdzili nazwiska ok. rok czy półtora od daty urodzenia. Nie było żadnych efektów, a zbliżała się Pierwsza Komunia Święta – wspomina Magdalena. – Ale jak żona się na coś uprze, nie ma zmiłuj. Jest fantastycznym detektywem – chwali Sebastian. – I doszła do tego, że córka była ochrzczona w Katowicach, gdy miała trzy lata.

Czy będzie Wi-Fi?

Mimo wielu komplikacji, jakie musieli pokonać na swojej drodze, oboje są przekonani, że warto podjąć taki wysiłek. – Chwile, kiedy wspólnie gramy w chińczyka, na ostro, ze zbijaniem pionków przeciwnika, rekompensują wszystko – śmieje się Magdalena. – Był taki moment, że na wczasy zabieraliśmy cały stos planszówek. Do dziś to nasza ulubiona rozrywka – wyjaśnia Sebastian. – Kiedy słyszę, jak Wiktoria uczy Tobiasza grać na gitarze, jestem dumna. Przyznaję, że ona od początku była taką moją dziewczynką. Dbała, żeby albo moje, albo jej było górą – uzupełnia Magdalena.

Ich córka ma dziś 17 lat i jest niespokojnym duchem. Nieustannie próbuje nowych rzeczy. – Był taniec, teatr, gry RPG, piłka ręczna, ale to przerwały liczne kontuzje. Obecnie miłością są żagle: zrobiła patenty żeglarski i sternika, teraz będzie trenerem – wymienia Sebastian. – Tobiasz jest inny, angażuje się od początku do końca, na całego. Tak było z piłką nożną: świata nie było poza treningami. Ale kiedy uznał, że to nie jego droga, poświęcił cały czas nauce – dodaje. – Najbardziej cieszy, kiedy oboje angażują się jako wolontariusze. Nie musimy im niczego podpowiadać. Sami chodzą do schronisk wyprowadzać zwierzęta, kompletują zawartość Szlachetnej Paczki czy kwestują z WOŚP – mówi z dumą Magdalena. – Mają wspaniały kontakt. Czasem się to obraca przeciwko nam. Kiedy coś mnie niepokoi i próbuję jedno z nich podpytać, słyszę: „Zawsze powtarzałaś, że mamy się trzymać razem, że to jest najważniejsze. Niczego ci nie powiem”. A kiedy zostawiłam na stole materiały po spotkaniu na temat wychowania nastolatków, Tobiasz przejrzał je i pobiegł do Wiktorii. Słyszałam jak wpada do jej pokoju ze słowami: „Rodzice chcą nas wyrolować” – śmieje się. – A nas martwi tylko jedno: czy jeszcze będą chcieli z nami jechać na wczasy? Teraz się zgodzili pod warunkiem, że w pokoju będzie Wi-Fi. Zresztą pani w biurze podróży pokiwała głową ze zrozumieniem i spytała: „Nastolatki?”. Plany pokrzyżowała nam pandemia. Mamy nadzieję, że uda się za rok – uśmiecha się Sebastian. •

« 1 »
oceń artykuł Pobieranie..

Wyraź swoją opinię

napisz do redakcji:

gosc@gosc.pl

podziel się

Polecane filmy

Zapisane na później

Pobieranie listy

Reklama