Nowy Numer 41/2021 Archiwum

Różaniec zatoczył koło

Uszkodzenia były tak duże, że kościół właściwie zakwalifikowano do wyburzenia. Stał zamknięty ponad dwie dekady. Kościół tymczasowy spłonął. A parafia istnieje i jest oparciem dla wiernych. „Dzięki Matce Bożej Różańcowej” – mówią.

Kościół w Chropaczowie, dzielnicy Świętochłowic, trudno przeoczyć. Masywna neoromańska bryła góruje nad okolicą. Jego patronką jest Matka Boża Różańcowa. Świątynia zbudowana jest na planie krzyża greckiego. Jej budowa przypada na pierwsze dekady XX wieku. Najpierw problemem okazał się wybór działki. Dopiero za trzecim zakupem grunt wydawał się odpowiedni do tego, by można było na nim budować. Konsekracja nastąpiła 1 maja 1913 r., erygowanie parafii – w 1921 roku.

I właściwie od samego początku wspólnota musiała zmagać się z efektami szkód górniczych. Pękały ściany, a w 1930 r. doszło do wypadku. Spadający tynk ranił jednego z parafian. Później okazało się, że obrażenia były śmiertelne. Po prawie trzech dekadach szkody były tak duże, że zapadła decyzja o zamknięciu kościoła. – To był 29 grudnia 1964 roku. Pamiętam dokładnie, bo działo się to kilka dni po Bożym Narodzeniu – wspomina Małgorzata Wellmann, kancelistka. – I proszę sobie wyobrazić, że ten stan trwał... 22 lata. Tego kościoła już miało nie być. Gdyby nie upór proboszcza ks. Jana Gacki i gorliwa modlitwa różańcowa, wszystko zamieniłoby się w gruz – mówi ks. Damian Copek, obecny proboszcz. W czasie zamknięcia kościół niszczał, szczeliny w ścianach były tak duże, że swobodnie mógł się w nich zmieścić dorosły. Pojawiły się głosy, by przeprowadzić rozbiórkę, którą miała sfinansować parafia.

Aby zapewnić sprawne funkcjonowanie wspólnoty, zapadła decyzja o budowie tymczasowej świątyni. Jednocześnie miał to być swego rodzaju „magazyn” do przechowywania wewnętrznego wystroju kościoła parafialnego. To jednak nie był koniec problemów wiernych ze Świętochłowic. W niedzielę 15 czerwca 1975 r. ok. 20.00, z nieustalonych przyczyn, w tymczasowym kościele pojawił się ogień. Strażacy nie byli w stanie go opanować – skończyła się woda w ich zbiorniku, a hydranty nie działały. Wodę dowożono beczkowozami z pobliskich Lipin, z kopalni „Matylda”. Zostały tylko zgliszcza. Kopalnia odmówiła pomocy w odbudowie, a parafia znowu została bez świątyni. Msze św. sprawowane były na powietrzu. Determinacja mieszkańców sprawiła, że gdy tylko udało się zdobyć pozwolenie, odbudowa kościoła zajęła 75 dni. Jednocześnie cały czas trwały starania o naprawę głównego kościoła. Nadzieję dało zakończenie eksploatacji węgla na tym terenie.

« 1 2 »
oceń artykuł Pobieranie..

Wyraź swoją opinię

napisz do redakcji:

gosc@gosc.pl

podziel się

Zapisane na później

Pobieranie listy

Reklama