Nowy numer 44/2020 Archiwum

Oblacki urok

Pisali z drogi do innych młodych, żeby dołączali do ekipy. Warunki były dwa – maszerowanie tempem grupy i… przywiezienie czegoś do jedzenia. Niniwa Team wrócił z pełnej śmiechu, modlitwy i śpiewu wyprawy Głównym Szlakiem Beskidzkim.

W 20 dni młodzi z oblackiego duszpasterstwa młodzieży Niniwa pokonali 512 km ze śląskiego Ustronia do Wołosatego w Bieszczadach. Dźwigali plecaki, namioty, gitarę i ukulele. Ekipa była ogólnopolska, ale większość tej twardej młodzieży pochodzi z archidiecezji katowickiej. To ludzie związani głównie z duszpasterstwami akademickimi z Katowic.

Miły był kot

Na całej drodze towarzyszył im śmiech. Dzięki niemu nawet sytuacje, które kogoś innego wprowadziłyby w irytację, dla nich były okazją do takich wpisów w internetowym dzienniku: „Poranek w Rytrze przywitał nas chłodem i zimnem. Kiełbasiane śniadanko dodało nam sił na wędrówkę. Po jednym ostrym podejściu odpoczęliśmy w uroczym schronisku. Pani z obsługi była bardzo niemiła, ale miły był kot”. Albo kawałek o tym, jak „mapowa”, prowadząca ekipę przez Beskid Niski, na chwilę zmyliła drogę: „Na rozgrzewkę skręciliśmy w złą drogę, po czym Asia żarliwie nas przepraszała, mówiąc, że idzie dzisiaj jak pijane dziecko we mgle”. C

odziennie wstawali o 5.00 rano. Maszerując w porannym chłodzie, śpiewali godzinki. Niesamowite wrażenie robił na nich widok wschodzącego słońca, wynurzającego się z mgieł, gdy nad górami płynął ich śpiew: „Kiedy ranne wstają zorze”. Podziwiali fascynujące krajobrazy, ale zdarzało się i tak, jak na Połoninie Wetlińskiej: „Widoki, jakie zastały nas na szczycie, można łatwo odtworzyć w domu, do czego zachęcam naszych czytelników. Wystarczy w szklanym naczyniu wymieszać mleko z wodą w proporcji 7:3 i intensywnie się w nie wpatrywać w nadziei na zobaczenie pasm górskich ciągnących się po horyzont. Wiatr zapierał dech w piersiach i spychał ze szlaku. Pięknie było”. I dalej: „Połonina Caryńska była równie wietrzna, ale dla odmiany słoneczna, więc w celu zachwytów i rozmów o życiu, miłości i przemijaniu zalegliśmy dłuższą chwilę na zboczu”. Poznali mnóstwo życzliwych ludzi. W Chyrowej w Beskidzie Niskim, na piętrze lokalu, w którym nocowali, odbywało się wesele, więc złożyli życzenia młodej parze. Nowożeńcy Agata i Adam zaprosili ich do zabawy, więc przez godzinę tam tańczyli. Zanim poszli spać, zrobili sobie jeszcze spontaniczne „przedstawienie teatrzyku skarpetkowego”.

Adorowali Jezusa w Najświętszym Sakramencie, codziennie uczestniczyli w Mszy św. Jeśli na trasie nie było kościoła, Eucharystia odbywała się w górach. – Często potem rozmawialiśmy, idąc, czy to o kazaniu, czy o Ewangelii z danego dnia. Na przykład o przebaczeniu. To były bardzo dobre dyskusje – mówi o. Dominik Ochlak, oblat, lider grupy pieszej Niniwa Team. Niektórzy na tym szlaku przemyśleli swoje życiowe wybory. Bartosz, który po studiach wyjechał z Polski za pracą, podjął ważną decyzję: – Samotność, która mnie dotyka tam, za granicą, nie jest warta tego, żeby w niej tkwić. Zostałem stworzony do bycia z ludźmi, których kocham – mówi ze zdecydowaniem. Wychodząc na Główny Szlak Beskidzki, miał wielką nadzieję poznać trochę inną twarz katolicyzmu, niż znał z własnej parafii i z mediów. Odkrył zachwycający, wspólnotowy wymiar Kościoła.

Atak zwierza

Przez okolice Krynicy-Zdroju przechodzili 11. dnia. „Tam też nasza grupa została zaatakowana przez groźnego, kilkumiesięcznego kota. Pierwszą ofiarą był Kamil, do którego owego zwierza przyciągnęła mielonka. Następnie kot przeszedł do Ojca, który najprawdopodobniej przyciągnął go swoim urokiem osobistym” – komentowali młodzi. Gdy burczało w brzuchach, zbierali jedzenie po drodze. „Nikt jednak nie jest teraz pewien, czy nasz następny nocleg będzie w schronisku, czy też na SOR-ze. Ufamy jednak, że Błażej dobrze rozróżnił grzyby jadalne od trujących” – pisali. Przez wyprawę przewinęło się 21 osób, ale do mety dotarło 15. „Kacper musiał nas opuścić, bo chce być odpowiedzialnym geodetą i zaliczyć egzaminy, ale wieczorem naszym oczom ukazał się Maciek, który napisał pożądany rozdział magisterki i wrócił do nas” – relacjonowali do drodze.

Edyta, która na wyprawę przyjechała aż z Bydgoszczy, z powodu odcisków na stopach zostawała nieco z tyłu. Ważne było dla niej, że grupa o niej nie zapomniała. Co chwilę szedł z nią ktoś inny, zagadywał, żartował. – Uzmysłowiłem sobie, jaki jest cel tej wyprawy: żeby być silnym i wrażliwym jednocześnie. Człowiek dojrzały ma obie te cechy – mówi o. Dominik. – Wielu ma z tym problem: jak są silni, to niekoniecznie wrażliwi, i na odwrót. Tutaj sama droga, którą idziemy, góry, które stawiają warunki i wymagania, uczą siły. A ludzie, z którymi idziemy, uczą wrażliwego podejścia do nich. W prostych gestach, jak poniesienie części namiotu, w jakiejś pomocy, w byciu razem oni odkrywają dobroć. Ci ludzie są gotowi umierać dla siebie – uważa.

« 1 »
oceń artykuł Pobieranie..

Wyraź swoją opinię

napisz do redakcji:

gosc@gosc.pl

podziel się

Polecane filmy

Zapisane na później

Pobieranie listy

Reklama