Nowy numer 44/2020 Archiwum

Każdy uczeń ją uwielbiał

Ostatni wpis na Facebooku poświęciła Matce Bożej. Zakończyła: „Weź nas (...) pod skrzydła możnej Twej opieki, aż nam nadejdzie życia kres”. Zmarła nagle trzy godziny później.

Sobotnie popołudnie 12 września. SMS: „Proszę o modlitwę za zmarłą panią Marysię Kielar-Czaplę...”. Szok, niedowierzanie, ból. Wiadomość lotem błyskawicy rozchodzi się po mieszkańcach Radzionkowa i okolic, a potem jeszcze dalej. Poruszenie na Facebooku, gdzie pani Maria jeszcze trzy godziny wcześniej publikowała posty – najpierw modlitwę do Matki Boskiej Piekarskiej w dniu Jej święta, a zaraz potem nowy plan lekcji w szkole sportowej, w której uczyła religii. „Bóg miał inny plan...” – napisał ktoś w komentarzu.

Z ogromnym zaangażowaniem uczyła dzieci o tym, jaki Bóg jest dobry, o Jego miłości do każdego człowieka i o tym, że warto Mu zaufać. Sama była wiarygodnym świadkiem tego, co głosiła na katechezie. Przez ponad trzy dekady swojej pracy nigdy nie zwątpiła w żadnego ze swoich uczniów, nie narzekała na uciążliwe obowiązki nauczyciela religii ani na coraz trudniejszą wychowawczo młodzież. Dwa pełne pokolenia, które przeszły przez ręce pani Marysi, opowiadają o jej nieustannym uśmiechu, poczuciu humoru, życzliwości, empatii i stale powtarzanym: „Zaufaj Bogu. On wie, co robi”.

Dzięki niej zwyciężyłam

– Poznałyśmy się przed 35 laty, kiedy Marysia uczyła religii moją córkę – opowiada Barbara Smoczok. – Już wtedy była bardzo lubiana przez dzieci i młodzież. Nic nie sprawiało jej trudności w pracy z uczniami. Do każdego dziecka podchodziła indywidualnie. Nie było jej ciężko własnoręcznie wykonać dla każdego ucznia piękną świąteczną kartkę... Na facebookowym profilu zmarłej katechetki każdego dnia pojawiają się nowe wpisy jej uczniów – tych sprzed 35 lat i tych obecnych: „Każdy uczeń ją uwielbiał i szanował”; „Nikogo nie starała się na siłę zmieniać, ale akceptowała każdego ucznia”; „Kiedy zmagała się z uczniami, którzy nie do końca traktowali lekcje religii poważnie, to zawsze uśmiechała się i podchodziła do każdego z dobrocią i miłością”; „Potrafiła znaleźć w każdym coś dobrego”.

Niezwykłe świadectwo dała o pani Marysi jej córka. „Dzięki niej zwyciężyłam, co zwyciężyłam; zdobyłam, co zdobyłam; wytrzymałam, co wytrzymałam” – napisała na facebookowym profilu swojej mamy. „Mama mówiła: »Pamiętaj i powtarzaj sobie słowa: ‘Jezu, ufam Tobie’. Po prostu zaufaj. Oddaj wszystko w ręce Boga«”. Pani Maria z wielką pasją pielęgnowała pamięć o słudze Bożym o. Ludwiku Wrodarczyku, oblacie z Radzionkowa, który zginął męczeńską śmiercią na Wołyniu w czasie II wojny światowej. Najpierw obroniła pracę magisterską o męczenniku, „zaprzyjaźniła się” z nim, a potem napisała o nim książkę i dziesiątki artykułów. Brała udział w niezliczonych projektach popularyzujących życie i sylwetkę o. Ludwika. – Ona po prostu szukała świętości – wspomina przyjaciółkę B. Smoczok. – Nasze nocne rozmowy przez telefon często dotyczyły jej starań o rychłą beatyfikację o. Ludwika. Cieszyła się, że sługa Boży już jest znany w Afryce. Miała jeszcze wiele planów... „Pasja zawsze wypływa z wnętrza człowieka” – mówiła Maria w rozmowie z poetką i dziennikarką Dagmarą Nawratek, z którą współorganizowała Ogólnopolski Konkurs Poetycki im. sługi Bożego o. Ludwika Wrodarczyka. „Ludzie z pasją są bezinteresowni, uskrzydleni, pełni energii i chęci do działania. (...) Chciałabym również pozostawić coś po sobie...”.

Spokojnie, uda się!

– Pani Marysia miała dar „dobrego uporu” – uśmiecha się Jacek Glanc. – Jeśli już wyczuła, że jakaś idea czy projekt mogą być zaczątkiem czegoś dobrego na chwałę Pana Boga, nie odpuszczała. Tak długo kogoś przekonywała, prosiła, wymyślała argumenty, aż w końcu osiągała swój cel. Nie przeszła obojętnie obok nikogo na ulicy. Każdego dnia można było zobaczyć, jak przemierzając drogę z pracy do domu albo z domu do kościoła czy na zakupy, zatrzymuje się i rozmawia z wieloma osobami. Nie tylko o pogodzie. Zawsze z szerokim uśmiechem. „To mój atrybut” – powtarzała. – Bardzo do niej pasował ten jej uśmiech – mówi J. Glanc. – Ona po prostu była odporna na sztuczność, na „maskarady zachowań” w tym galopującym i często udawanym świecie. Ostatni raz kontaktowaliśmy się dwa dni przed śmiercią Marysi. Byliśmy umówieni na ostateczne dostarczenie materiałów do wrześniowego „Adalbertusa” [parafialny miesięcznik – przyp. aut.]. Włączam komputer. Awaria. Piszę Marysi, że klęska wisi w powietrzu. Ona na to: „Spokojnie. Uda się!”. Rzeczywiście, prosto z urlopu wpada do mnie serwisant i wszystko gra. Rozgorączkowany piszę Marysi o wszystkich gradowych chmurach, jakie wisiały nad wydaniem miesięcznika. I dostaję odpowiedź: „Panie Jacku, a przecież wystarczyło westchnąć: »Jezu, ufam Tobie«”...

« 1 »
oceń artykuł Pobieranie..

Wyraź swoją opinię

napisz do redakcji:

gosc@gosc.pl

podziel się

Polecane filmy

Zapisane na później

Pobieranie listy

Reklama