Nowy numer 29/2021 Archiwum

Pod skrzydłami raroga

– To musi być „szybka akcja”. Jak w naturze. Inaczej nic z tego nie będzie – tłumaczy podstawy swojej pracy Jakub Bednarz, sokolnik z lotniska w Pyrzowicach.

Znawcy historii awiatyki wskazują, że pierwsza odnotowana kolizja samolotu z ptakiem miała miejsce w 1905 roku – Oliwier Wright napotkał ich całe stado. Najbardziej medialny przypadek dotyczył amerykańskiego pilota Chesleya „Sully’ego” Sullenbergera, który po „spotkaniu” z dzikimi gęśmi i utracie z tego powodu mocy w obu silnikach zdołał uniknąć katastrofy i wodować potężnego Airbusa A320 na rzece Hudson.

Zderzenia z ptakami są na tyle powszechne, że zyskały swoją nazwę: z angielskiego bird strike lub BASH (bird aircraft strike hazard). – Dlaczego ptaki nie widzą samolotów? To proste: maszyny są za duże i poruszają się za szybko. Gołębie czy mewy tego „nie ogarniają”. Odnosząc to do skali człowieka – to tak jakby przemieszczał się w naszą stronę z ogromną prędkością drapacz chmur – tłumaczy Jakub Bednarz, sokolnik, który dba o bezpieczeństwo pasażerów portu lotniczego Katowice Airport. Pasją do ptaków drapieżnych zaraził go wujek, z którym wspólnie patrolują lotnisko w Pyrzowicach. Sokolnik każdego dnia rozpoczyna swoją pracę wcześnie rano. W drogę jako patrol drogi startowej wyrusza w towarzystwie jednego z ośmiu ptaków. Na Śląsku bezpieczeństwa podróżujących strzegą m.in. raróg, białozór czy sokół wędrowny.

– Widzę, gdzie są gołębie czy kawki, i tam wypuszczam go do lotu – tłumaczy J. Bednarz. – To wszystko musi się odbywać podobnie do działań w naturze. Ptak drapieżny pojawia się zwykle nagle, krąży w poszukiwaniu ofiary i wycofuje ze zdobyczą. Gdyby sokoły swobodnie się przemieszczały karmione przez nas, ptaki, które płoszymy, szybko zorientowałyby się, że nic im z ich strony nie grozi. One także się uczą – mówi sokolnik.

Dlatego patrolowanie terenu lotniska to ciągłe zajęcie – ptaki dostrzegają drapieżnika i usuwają się na bezpieczną odległość. Później znów wracają. Co ważne, drapieżniki są odpowiednio karmione przez opiekunów. – Jesteśmy dla nich najłatwiejszą formą zdobycia pożywienia – śmieje się Jakub. – Lot zawsze kończy atak na wabidło, czyli skórzaną zabawkę na długiej linie. Macham nią, żeby go przywołać. Dla innych wygląda to jak polowanie zakończone sukcesem – tłumaczy.

Ptaki pracują tylko w przerwach pomiędzy kolejnymi startami i lądowaniami. Wypłaszają wtedy stada z drogi startowej. Są specjalnie szkolone także po to, by w każdej chwili można je było przywołać. Chodzi o to, by w tej kwestii zapewnić maksymalne bezpieczeństwo pasażerom i załodze samolotów. Jakub Bednarz jest nie tylko doświadczonym sokolnikiem, ale również kopalnią wiedzy na temat tych drapieżników. – To najdoskonalsi łowcy na świecie. Mają trzy plamki żółte, dzięki temu mogą swobodnie „łapać ostrość” na obiekty, które są kilka kilometrów dalej, oraz te, które trzymają w swoich szponach. Niestety ich dzika populacja w Polsce jest ciągle szczątkowa. Obecnie czynione są starania, by ją przywrócić. Trudno uwierzyć gdzie jest najwięcej sokołów wędrownych – w miastach. Tam jest dużo gołębi, więc mają jedzenia pod dostatkiem. Gniazdują w zagłębieniach elewacji, kominach, czasem na parapetach. Tylko w Nowym Jorku żyje ich zdecydowanie więcej niż w całej Polsce – uśmiecha się. Sokół na jego rękawicy niecierpliwie trzepocze skrzydłami. – Wyczuwa wiatr, jest gotów do pracy. Idziemy – mówi i kieruje się w stronę samochodu.

« 1 »
oceń artykuł Pobieranie..

Wyraź swoją opinię

napisz do redakcji:

gosc@gosc.pl

podziel się

Zapisane na później

Pobieranie listy

Reklama