Nowy numer 37/2021 Archiwum

Cześć od dobrych Polaków

Niemiecki urzędnik na granicy zakwalifikował relikwie jako „figury z kości słoniowej” i zażądał uiszczenia opłaty za ich przewóz: 5,60 marek.

Działo się to w 1913 roku i było tylko jednym z kilkunastu niewiarygodnych elementów podróży, jaka ostatecznie pozwoliła sprowadzić do Panewnik relikwie św. Ptolomeusza i Romana oraz towarzyszy. Jak się to stało, że męczennicy z Nepi trafili do nowo utworzonego klasztoru na Śląsku? Kluczem może być przyjaźń pomiędzy o. Wilhelmem Bolesławem Rogoszem a bp. Józefem Bernardem Debbingiem. Obaj należeli do zakonu franciszkanów. Pierwszy był gwardianem powstałego na początku XX wieku klasztoru w Panewnikach, drugi pochodzącym z Niemiec biskupem Nepi.

Misja organisty

Sprowadzenie relikwii było odpowiedzią na silny ruch pielgrzymkowy na Górnym Śląsku. Ojciec Rogosz chciał, by znalazły się tu szczątki doczesne jakichś znaczących świętych. Dowiedział się o roku jubileuszowym z uroczystościami związanymi z ponownym rozpoznaniem relikwii (tzw. rekognicją) w Nepi. Postanowił zwrócić się z prośbą do przyjaciela, by z tej okazji jakaś cząstka mogła trafić do Panewnik. Reakcja bp. Debbinga była natychmiastowa. „Ojciec Wilhelm! To przecież mój przyjaciel, dla niego muszę coś uczynić” – tymi słowami miał podsumować list.

Pragnienie gwardiana wydawało się spełniać bez większych trudności. Postanowiono, że do Katowic trafią kawałek łopatki św. Ptolomeusza, kość ramieniowa św. Romana i dwie czaszki towarzyszy, a więc znaczące fragmenty szczątków świętych. Biskup Nepi cieszył się, że relikwie „wśród dobrych Polaków doznają wielkiej czci”. Zgodę wydał również kard. Georg Kopp, biskup wrocławski. Niestety, sprawa zaczęła się komplikować. Ustalono, że po relikwie ruszy pociągiem dwóch ojców, jednak na ich wyjazd za granicę nie zgodził się prowincjał. Dlatego w podróż ruszył… panewnicki organista Jan Cyris. Do Nepi dotarł 12 września 1913 roku. Na czas podroży zapieczętowana urna z relikwiami została schowana do zamykanej na klucz walizki. Tę urzędnicy zabrali organiście (klucz, co ważne, został przy nim) na granicy włosko-austriackiej i przesłali do urzędu celnego w Boguminie. Tam celnicy stanowczo domagali się otwarcia bagażu. Powstrzymały ich tłumaczenia, że to kości świętych. Nie do końca jednak pojęli, z czym mają do czynienia, bo w dokumencie przewozowym znalazł się zapis o „figurach z kości słoniowej”.

« 1 2 »
oceń artykuł Pobieranie..

Wyraź swoją opinię

napisz do redakcji:

gosc@gosc.pl

podziel się

Zapisane na później

Pobieranie listy

Reklama