Nowy numer 29/2021 Archiwum

Ból i owoce

Odliczają dni do powrotu i już wiedzą, że w życiu nie zawsze trzeba się trzymać szczegółowego planu.

Klerycy mury Wyższego Śląskiego Seminarium Duchownego na początku marca opuszczali tylko na chwilę. Maksymalnie na dwa tygodnie. Okazało się, że rozłąka trwała prawie siedem miesięcy. – Odliczam dni do powrotu – śmieje się kleryk Rafał Machalica. – Na początku było najtrudniej. Pobyt w domu męczył, ponieważ był wyrwaniem z porządku, do jakiego się przyzwyczailiśmy. Nagle, choć w gruncie rzeczy tego nie planowaliśmy, wróciliśmy do trybu rodzinnego, pięknego, ale dla nas z założenia już trochę nienaturalnego – precyzuje kl. Bartosz Morawski.

Czy tak będzie zawsze?

Pandemia stała się dla nich testem samodyscypliny. – To był czas weryfikacji, czy potrafimy sami zorganizować tak dzień, żeby był czas i na naukę, i na modlitwę, a nie tylko na wegetację i oczekiwanie – mówi kl. Rafał. – Najgorszy był brak wspólnoty, która często przydaje dodatkowej motywacji. Kontakty interpersonalne sprowadzone tylko do poziomu komunikatora internetowego też były przygnębiającym doświadczeniem. Pojawiały się myśli: „Czy tak już będzie zawsze?”. Rozmowy z ojcem duchownym przez Skype to naprawdę nie jest to – podkreśla kleryk Paweł Dąbrowski. Przykry był również widok pustego kościoła. – Zwłaszcza w czasie świąt. Bardzo bolało to, że nikogo nie może z nami być. Żal robiło mi się też, kiedy ktoś mówił z taką nutką zazdrości, że my przynajmniej mogliśmy służyć. To chyba było najgorsze, tak sądzę, co mogliśmy usłyszeć, bo dla nas wszystkich ta sytuacja była bardzo trudna – tłumaczy kl. Rafał. – Pamiętam zgaszone światło, puste ławki. Taki widok w czasie Mszy św. sprawił, że zadałem sobie pytanie: „Dla kogo ja to wszystko robię?”. Czasem słyszymy, że kościoły się wyludniają. To doświadczenie było jednak aż za mocną ilustracją tego, do czego może dojść, tego, czemu musimy przeciwdziałać – zauważa kl. Paweł. – Zwłaszcza że są tacy, którzy po izolacji nie wrócili, dostali dobry argument, żeby odpuścić – dodaje kl. Rafał. – Dlatego widzimy, że troska o parafian to rzecz najważniejsza. Widzieliśmy często, że oni bardzo to doceniają. Poza tym budujące jest, jak reagują, na przykład na relacje na facebookowych profilach różnych parafii. Posyłają „serduszka”, „kciuki w górę” lub po prostu piszą: „szczęść Boże”. Banalne, a pozwala na rozpoczęcie relacji i budowanie wspólnoty, Kościoła przez duże K – mówi kl. Bartosz.

« 1 2 »
oceń artykuł Pobieranie..

Wyraź swoją opinię

napisz do redakcji:

gosc@gosc.pl

podziel się

Zapisane na później

Pobieranie listy

Reklama