Nowy numer 32/2020 Archiwum

60 lat przy ołtarzu

– Jeden mnie tam oskarżał, że szedłem ubrany na biało. Ja na to: „Nie wiedziałem, że w PRL-u jest jakiś wyznaczony strój” – mówi ks. Bernard Rottau, wspominając, jak ponad pół wieku temu odpowiadał za prowadzenie pielgrzymki z Chorzowa do Piekar.

Ksiądz Bernard Rottau, emerytowany proboszcz z Katowic-Dąbrówki Małej, obchodził 60. rocznicę święceń kapłańskich. Studiował w seminarium w czasach, kiedy biskupi byli usunięci z Katowic przez komunistów. Był księdzem, gdy władze zwalczały Kościół. Przeżył kawał kapłańskiego życia... Pochodzi z Nowego Bytomia, dzisiejszej dzielnicy Rudy Śląskiej. Kiedy miał dwa lata, jego ojciec Karol, technik konstruktor, zachorował na obustronne zapalenie płuc.

– Pamiętam ojca tylko z jednego: jak szedł do szpitala i się ze mną żegnał. Jeszcze go widzę... Powiedział mi, żebym słuchał mamy i ciotki – wspomina ks. Bernard. W szpitalu ojciec ks. Bernarda przeszedł trzy zawały. – Miał tak wysoką gorączkę, że serce nie wytrzymało. Leczono go, dając mu do picia kwaśne mleko i robiąc zimne okłady na nogi, bo nie było jeszcze takich leków jak później. Zmarł – mówi.

Beton i girlandy

Bernarda wychowała matka, Małgorzata z domu Żydek. Ta dzielna kobieta dużo pracowała, żeby go utrzymać. Była ogrodniczką, szatniarką, sprzątaczką. Jej jedynak od dzieciństwa miał wielkie marzenie o kapłaństwie. – Jako dziecko bawiłem się w księdza, a mama musiała być moim ministrantem – opowiada. Zaraz po maturze w 1955 r. wstąpił do śląskiego seminarium. To był trudny czas dla Kościoła, gdy biskupi zostali przez komunistyczne władze usunięci z Katowic.

Diecezją zarządzał narzucony przez rządzących państwem wikariusz kapitulny ks. Jan Piskorz. Władze nie chciały, żeby budowana w Katowicach katedra dominowała nad miastem. Posłuszny im ks. Piskorz nakazał więc architektom obniżenie kopuły aż o 38 metrów. Wyznaczył też termin konsekracji świątyni. Aby zdążyć, do prac wykończeniowych w katedrze zostali skierowani śląscy klerycy. Wśród nich młody Bernard Rottau, który spędził na tej budowie tydzień. – Z góry spadła deska, która uderzyła kleryka Staśka Wieczorka – wspomina. Ten wypadek poważnie uszkodził jego koledze kręgosłup; został księdzem, ale nigdy nie odzyskał pełni sprawności. – Ostatni dzień przed konsekracją katedry był straszny. Już wnoszono kwiaty, wisiały girlandy, a obok jeszcze betonowali! – opowiada ks. Bernard. Konsekracja odbyła się 30 października 1955 roku.

– Była piękna, słoneczna pogoda, ale atmosfera była ponura, bo brakowało naszych biskupów – zapamiętał ks. Rottau. Rok później, w końcu października 1956 r., wierni nie umieli już doczekać się powrotu biskupów. Przeszkadzał w tym jednak ks. Piskorz. Kleryk Bernard przypadkiem usłyszał wtedy w katedrze rozmowę dwóch mężczyzn, wiele mówiącą o ówczesnych nastrojach świeckich katolików. Gdy do ołtarza wyszedł z zakrystii biskup częstochowski Zdzisław Goliński, mężczyźni powiedzieli: „Piskorza ni ma. On sie boł, bo my by mu dzisiej nazgrzitali”. Biskupi wrócili ostatecznie i przejęli rządy nad diecezją na początku listopada 1956 roku. Ksiądz Bernard pamięta do dziś radość, z jaką przyjęli ich klerycy. – Biskupi Stanisław Adamski, Herbert Bednorz i Juliusz Bieniek przyjechali do nas do seminarium. Pamiętam przywitanie i jak razem śpiewaliśmy – mówi. W śląskim seminarium w Krakowie uczestniczył w wykładach księdza prof. Karola Wojtyły. Były trudne i „gęste” od treści. Pomyślnie zdał u przyszłego papieża egzamin z teologii moralnej. Był też na jego święceniach biskupich.

Księża wcześniaki

Święcenia kapłańskie ks. Bernard przyjął 26 czerwca 1960 r. wraz z 18 kolegami. – Żyje nas jeszcze trzech: ks. Alojzy Drozd, ks. Rudolf Gaweł i ja – mówi. Do ich rocznika należało też czterech księży wyświęconych 9 miesięcy wcześniej, we wrześniu 1955 r., bo groził im pobór do wojska. – Dostali wpisy: „zdolny” i „przeznaczony” do służby wojskowej. Wtedy do wojska brano na wiosnę i na jesień. Pewnie zostaliby powołani w październiku. Przebywaliby w wojsku dwa lata lub nawet trzy, gdyby trafili do marynarki – opowiada. – Choć byli wyświęceni, dalej chodzili na zajęcia z nami. Myśmy ich nazywali „wcześniakami” – mówi z lekkim uśmiechem.

Jedynym żyjącym „wcześniakiem” jest ks. Józef Walasz, który mieszka w katowickim Domu św. Józefa. Młodemu ks. Bernardowi proponowano studia na KUL, ale nie chciał finansowo obciążać swojej mamy. Był wikarym m.in. u św. Floriana w Chorzowie. Jego proboszczem był tam ks. prał. Konrad Szweda, wielki kapłan i wielki oryginał, legenda diecezji katowickiej. Prałat przeżył obóz Auschwitz, gdzie zaprzyjaźnił się ze św. Maksymilianem Kolbe. Był wymagający i gdy któryś z jego wikarych zrobił coś nie dość dobrze, reprymendę otrzymywali wszyscy. Później usprawiedliwiał się: „Jak byście byli w obozie, to byście też byli nerwowi”.

– Ja na to odpowiadałem: „Ale jak ksiądz prałat był w obozie, to ja byłem dzieckiem, jo za tyn obóz nie jest winny” – wspomina ks. Rottau. – Za to potem, jak już z parafii odchodziliśmy, każdy z nas był dla niego „najwspanialszym wikarym”. Skończyliśmy w wielkiej przyjaźni – mówi. Ksiądz Szweda nieraz na probostwie opowiadał, że jako „kapelonek” w Piekarach często się modlił: „Matko Boska, daj mi już jakąś samodzielną parafię, choćby najmniejszą”. – No i został proboszczem parafii w Chudowie, która... rzeczywiście była najmniejsza. Później się modlił: „Matko Boska, nie musiałaś tego wziąć tak dosłownie” – śmieje się ks. Bernard.

Pan tego nie wie?

Ksiądz Bernard chodził z mężczyznami i kobietami z Chorzowa do Piekar. – Zawsze występowaliśmy o pozwolenie, a władze nigdy nie pozwalały nam iść przez Bytom, który przed wojną był niemiecki, tylko przez Brzeziny. Raz, w 1965 albo 1967 roku, ks. Szweda, żegnając nas, powiedział: „Nie pozwalają nam iść przez Bytom. A ja w obozie siedziałem, żeby Bytom był polski. A teraz tymi chorymi nogami nie wolno mi iść przez Bytom? Ni! Panowie, idziemy przez Bytom!”. Mężczyźni na to: „Tak, idziemy przez Bytom!”. Ale ksiądz prałat nie szedł, tylko ja szedłem... I później zostałem za to wezwany na kolegium – opowiada.

Stawił się. – Jeden mnie tam oskarżał, że szedłem ubrany na biało. Ja na to: „Nie wiedziałem, że w PRL-u jest jakiś wyznaczony strój”. On znowu, że szliśmy lewą stroną drogi. Mówiłem, że wcześniej rozwiązaliśmy pielgrzymkę i każdy szedł prywatnie. A skoro nie było chodnika, musieliśmy iść lewą stroną, „bo jedziemy prawą, a chodzimy lewą, to pan tego nie wie?”. Powiedział, że tam był tłum, na co ja, że czasem na ulicy jest tłum, a to nie jest pielgrzymka... I tak żeśmy się przegadywali – wspomina. W końcu ks. Bernard zapytał, jak pielgrzymi mieli przedostać się między ulicami Krzyżową a Stabika w Chorzowie. „Mieliśmy przefrunąć?” – rzucił. Okazało się, że w wyznaczonej przez urzędników trasie była przerwa.

– Uniewinnili mnie, bo to był ich błąd – mówi. W 1975 r. trafił do parafii św. Antoniego w Katowicach-Dąbrówce Małej. Był w niej proboszczem przez 28,5 roku. Stąd też przez lata prowadził pielgrzymki do Piekar. A piechurem był niezłym, tym bardziej że nigdy nie miał samochodu. Podróżował autobusami lub na własnych nogach. Przygotował mnóstwo dzieci do Pierwszej Komunii św. Prowadził katechezy dla dorosłych, które ludzie wspominają nawet po wielu latach. Przychodzili na nie także niewierzący, których intrygowała prawda przyniesiona przez Jezusa. Zawsze wiele modlił się do Ducha Świętego. Na emeryturę przeszedł w 2003 roku. Zamieszkał w przerobionej salce parafialnej. Wciąż pomaga w parafii, zwłaszcza w konfesjonale – od 45 lat tym samym. Ten konfesjonał bywał świadkiem nawrócenia ludzi, którzy nie odwiedzali kościoła przez kilkadziesiąt lat. Jubileusz świętował w Dąbrówce Małej. Mszy św. przewodniczył abp Wiktor Skworc, a ks. Bernard Rottau otrzymał tytuł kanonika honorowego. Pechowo w dzień uroczystości złamał kość ramienia, więc musiał świętować w ortezie...

« 1 »
oceń artykuł Pobieranie..

Wyraź swoją opinię

napisz do redakcji:

gosc@gosc.pl

podziel się

Polecane filmy

Zapisane na później

Pobieranie listy

Reklama