Nowy numer 47/2020 Archiwum

Lekarz w habicie

Pomiar ciśnienia. Odczyt zapisu EKG. Próby wysiłkowe. Dla karmelitanki s. Wioleny od św. Matki Teresy od Jezusa te badania to żaden problem.

Jest kardiologiem. Całe swoje życie zawodowe związała z Katowicami, przez 16 lat pracowała w klinice w Ochojcu, a od 11 lat jest lekarzem w szpitalu braci bonifratrów w Bogucicach. Nie jest jedynym w Polsce lekarzem w stroju zakonnym, siostry reprezentują różne specjalności. – Jest neurolog, ginekolog, psychiatra, anestezjolog, kilka sióstr stomatologów czy lekarzy rodzinnych, ale kardiologiem jestem jedynym – mówi.

Bez rewolucji

W szpitalu tradycyjny strój, czyli ciemnobrązowy habit i czarny welon, zamienia na habit w odcieniu écru. – Zawsze chodziłam w habicie. Nigdy nie miałam z tego powodu problemów, zarówno pacjenci, jak i personel zawsze byli dla mnie bardzo życzliwi. Zajmuję się diagnostyką układu krążenia, czyli wykonuję echo serca, próby wysiłkowe na bieżni, odczytuję holtery. Badam, diagnozuję i oceniam, czy pacjent potrzebuje np. interwencji kardiochirurga, czy raczej modyfikacji leczenia farmakologicznego – wyjaśnia. Jak to się stało, że została kardiologiem? – To podstawowe pytanie, które zadają mi spotkane osoby. Chcą wiedzieć, co było pierwsze. Otóż zdecydował palec Boży. Najpierw było powołanie do życia zakonnego. Trudno byłoby jednak studiować jako siostra zakonna. Nie słyszałam o takim przypadku. Medycyna to bardzo czasochłonne studia – tłumaczy karmelitanka. – U mnie nie było rewolucji. Zawsze byłam blisko Kościoła, trafiłam do oazy. Pierwsza myśl o powołaniu pojawiła się w pierwszej klasie liceum. Pojechałam do jednego ze zgromadzeń w Poznaniu. Siostra mnie wysłuchała i powiedziała: „Wróć po maturze”. Później ten głos ucichł. Po zdaniu egzaminu dojrzałości zapragnęłam studiować medycynę. Pod koniec studiów trafiłam do grupy, którą w Poznaniu prowadził karmelita bosy. Regularnie chodziłam na spotkania i poznawałam duchowość karmelitańską. Teraz mogę powiedzieć, że moje powołanie dojrzewało 11 lat – od tej pierwszej rozmowy w liceum do przekroczenia progów zgromadzenia. Z powołaniem jest tak, że rzadko słyszy się je wyraźnie. To raczej jest myśl, która ciągle powraca i nie daje spokoju, drąży jak kropla w skale. Dlatego po studiach dałam sobie jeszcze czas, żeby się upewnić, i poszłam na roczny staż – wspomina.

Dziwi miejsce

Wstępując do Zgromadzenia Sióstr Karmelitanek Dzieciątka Jezus, s. Wiolena była już lekarzem z uprawnieniami, ale nie miała pewności, czy będzie pracować w tym zawodzie. – Czułam, że muszę zawierzyć Panu Bogu. Widzę w tym Jego ścieżkę: dostałam zgodę ze strony zgromadzenia, a w pracy ludzi, którzy mnie wsparli. Muszę tu wspomnieć o prof. Tadeuszu Petelenzu, który wcześniej pracował w szpitalu sióstr elżbietanek, a później przeniósł się z całym zespołem do Ochojca. To on jako pierwszy zgodził się mnie zatrudnić w III Klinice Kardiologii, której był kierownikiem, i tak dokonał się wybór mojej specjalizacji – mówi karmelitanka. Jak wspomina, ani rodzina, ani znajomi nie byli specjalnie zaskoczeni, kiedy poinformowała ich, że wybiera życie zakonne. – Miałam takie zdarzenie: w szpitalu w Katowicach spotkałam koleżankę, z którą studiowałam w Poznaniu. Zupełnie przypadkiem przywiozła kogoś z rodziny do Ochojca. Zobaczyłyśmy się na szpitalnym korytarzu. Była bardzo zdziwiona, że spotkałyśmy się na Śląsku. Wtedy zapytałam: „Dziwi cię miejsce, w którym się spotykamy, a nie to, że jestem w zakonie?”. I ona odpowiedziała: „Nie” – śmieje się s. Wiolena. – Najbardziej cieszy, kiedy słyszę, że jakoś wpłynęłam na życie pacjenta. I to nie w kwestiach zdrowotnych. Dowiedziałam się, że były osoby, które po wizycie u mnie postanowiły pójść po wielu latach do spowiedzi. Inny pacjent zdecydował się na ślub kościelny, chociaż nigdy nie rozmawialiśmy na ten temat. Nie rozpoczynam dyskusji na temat wiary w trakcie badania, ale wielu chce rozmawiać ze mną nie tylko o zdrowiu, ale także o Panu Bogu, podzielić się swoimi problemami, kłopotami, opowiedzieć o swojej rodzinie – zauważa. – W kontaktach z pacjentem wzorem jest dla mnie moja mama. Była nauczycielką i nauczyła mnie otwarcia na drugiego człowieka. Troszczyła się o swoich uczniów, zwłaszcza o tych, którzy sprawiali kłopoty wychowawcze; starała się dociekać źródeł ich problemów, im poświęcała najwięcej czasu, często kosztem własnego – wspomina karmelitanka.

27 lat praktyki

Siłę w pracy daje jej modlitwa. Doświadczenie zakonne sprawia również, że nie boi się rozmów o śmierci. – To nie jest łatwe, ale wiem, że rodzina i pacjenci tego potrzebują. Staram się używać prostego języka, nie chować się za nomenklaturą medyczną. Praca w tak wymagającym zawodzie jak medycyna uczy również pokory i doceniania Bożych darów. – To cud, że Bóg ustrzegł mnie przed wieloma błędami – śmieje się siostra. – Mam poczucie, że w tym pomaga mi modlitwa. Kiedyś, gdy dyżurowałam, odprawiałam nowennę z prośbą za moich pacjentów i dla mnie o światło, żebym umiała dobrze diagnozować. Na patronkę w pracy wybrałam sobie św. Edytę Stein, do której modliłam się przed każdym dyżurem. Mam 27 lat praktyki, ale nadal nie liczę tylko na siebie – podkreśla s. Wiolena.

« 1 »
oceń artykuł Pobieranie..

Wyraź swoją opinię

napisz do redakcji:

gosc@gosc.pl

podziel się

Polecane filmy

Zapisane na później

Pobieranie listy

Reklama