Nowy numer 42/2019 Archiwum

Po naszymu w buszu

Stoczył bitwę z czterometrowym pytonem. Dziurawą drogą uciekał pick-upem przed rozjuszoną słonicą. Ojciec Franciszek Szczurek z Rudy Śląskiej-Goduli, który 35 lat temu wyjechał na misje do Zambii, spędza urlop na Śląsku.

Pracę w Afryce ojciec Franciszek zaczynał w 1984 r. w fantastycznym towarzystwie: na parafii w Mambwe, czyli w najstarszej katolickiej misji w Zambii, pracowało wtedy aż czterech księży – hanysów!

Oprócz niego byli to księża: Andrzej Halemba z Chełma Śląskiego, Joachim Tyrtania z Żor i Benedykt Zowada z Siemianowic. Na ich „farze”, stojącej wśród egzotycznej roślinności, pomiędzy kopcami termitów w spalonym słońcem krajobrazie – obowiązywała ślonsko godka.

Ustrzelił gada

W tej parafii istniało 39 stacji misyjnych. Śląscy księża tak zorganizowali sobie pracę, że zwykle przynajmniej dwóch z nich było w trasie pomiędzy stacjami. Nawet w odległych i zagubionych w buszu kaplicach ludzie mogli wtedy często korzystać z sakramentów świętych. Śląscy księża chrzcili tam rocznie nawet ponad tysiąc ludzi. Z tego 300–400 obrzędów było chrztami dorosłych. Kiedy ci Ślązacy spotykali się na farze, razem się modlili, razem jedli i razem się śmiali. Chodzili też dookoła misji, odmawiając wspólnie Różaniec.

– Jedna tura wokół misji to był mniej więcej jeden Różaniec. Zwykle szedł z nami pies – owczarek niemiecki, szły też koty, cały dobytek... – wspomina ojciec Franciszek. – Raz ruszyliśmy w ten sposób ok. 17.00. I nagle w czasie Różańca kolega, ks. Benedykt Zowada, nadepnął na coś miękkiego. Odskoczył, zaskoczony. Okazało się, że to był ogromny pyton. Prawdopodobnie wąż też był zaskoczony. Czmychnął pod krzak – opowiada.

Na pytona skoczył jednak pies. Zwierzęta zaczęły walczyć. Misjonarze włączyli się w tę walkę. Ma się rozumieć, po stronie psa... Używali kijów. Zresztą w buszu zawsze warto mieć ze sobą jakiś patyk, żeby odgarniać przed sobą trawę, w której może leżeć wąż. W razie potrzeby kijem można też się bronić.

– Ostatecznie ks. Andrzej Halemba pobiegł po strzelbę i ustrzelił gada. Pyton miał aż cztery metry. Uzyskałem potrzebne pozwolenia i przywiozłem jego skórę na Śląsk – mówi o. Franciszek. Skórę tego wielkiego pytona z Mambwe można dzisiaj oglądać w Muzeum Misyjnym przy parafii w Mysłowicach-Brzęczkowicach.

Zmiana barw

Franciszek Szczurek skończył Wyższe Śląskie Seminarium Duchowne i przez początkowe lata kapłaństwa był księdzem diecezjalnym. Już na misjach zafascynował się Zgromadzeniem Misjonarzy Afryki, czyli ojców białych. – Pociągała mnie ich praca, bo to byli zawodowcy, i ich życie wspólnotowe. Po dziesięciu latach, które spędziłem w Zambii jako ksiądz diecezji katowickiej, arcybiskup Damian Zimoń zgodził się, żebym zmienił barwy klubowe – śmieje się Ślązak.

Ojcem białym został w 1994 roku. W tamtym czasie w Zambii było ponad 130 ojców białych. Dzisiaj jest ich 37.

– Wtedy nie było ani jednego czarnego ojca białego. Obecnie białych ojców białych można w Zambii policzyć na palcach jednej ręki – mówi ze śmiechem o. Franciszek.

Katolicy są obecni w Zambii dopiero nieco ponad sto lat. Ludzie tam jednak nie wstydzą się wiary. Katolicy często noszą zawieszone na szyi różańce – nawet do garnituru. Jest wielu bardzo zaangażowanych katechetów, którzy głoszą Pana Jezusa bez żadnego wynagrodzenia. Jeśli Kościół tego potrzebuje – niektórzy z nich przeprowadzają się z małżonkami i dziećmi do innych miejscowości. I choć dramatycznie maleje dziś dopływ misjonarzy z Europy – zastępują go lokalne powołania kapłańskie.

– Ktoś z naszego zgromadzenia komentował, że przyszłość ojców białych widzi czarno. Ale nie dlatego, że widzi ją źle, ale po prostu białych zastępują czarnoskórzy współbracia – śmieje się ojciec.

Szarża słonicy

Po przejściu do ojców białych o. Franciszek przez wiele lat pracował na misji w Serenje. Trzech księży obsługiwało tam teren wielkości jednej trzeciej Belgii. – Mieliśmy tam aż 81 stacji misyjnych. Do najdalszej miałem 200 kilometrów – wspomina.

Kiedyś nawet nie zauważył, że wjechał pick-upem pomiędzy słonicę a jej młode. Ogromna słonica zaszarżowała na niego. – Wiozłem ludzi na samochodzie. Zorientowałem się, co się dzieje, kiedy zaczęli bić w dach. Patrzę w lusterko: biegnie. Przyspieszyłem, ale nie mogłem dać pełnego gazu, bo to była dziurawa droga przez busz. Bałem się, że ludzie mi pospadają – mówi.

Było groźnie. Na szczęście na drodze nie leżało żadne zwalone drzewo. – Ale słonica długo trzymała się bardzo blisko samochodu – wspomina.

Żeby dojechać do niektórych stacji, zagubionych w głębokim buszu, nie wystarczyło po prostu wsiąść w samochód, jak w Polsce. Prowadziły tam kiepskie, gruntowe drogi. – Mieliśmy dwa miejsca, do których docieraliśmy tylko raz w roku. Najpierw jechało się tam na motocyklu, potem trzeba było go zostawić i przeprawić się przez rzekę, a ostatni etap pokonać pieszo – mówi.

Z poligamisty chrześcijanin

Jego zdaniem takie wyprawy wcale nie są jednak bardzo uciążliwe. – To jest pewien element przygody w naszej pracy misyjnej. Prawdziwym problemem jest dotarcie do sumień ludzkich – uważa.

Na terenie jego parafii mieszkał Jonas Cisawawa, poganin i poligamista. Przez lata bardzo źle wyrażał się o Kościele. Dobry wpływ miał jednak na niego jego syn, katolik i katecheta

– W końcu Jonas dał się namówić i odbył dwuletni katechumenat. Zdecydował się też oddalić drugą żonę. Powiedziałem mu: „Jeśli chcesz być chrześcijaninem, powinieneś to załatwić po chrześcijańsku”. Jonas wybudował więc drugiej żonie chatę i zapewnił jej byt. Po chrzcie wziął ślub w kościele z pierwszą żoną – wspomina misjonarz.

W czasie przygotowań do chrztu Jonas powiedział publicznie, że był kiedyś jak Szaweł. Prości ludzie, którzy go słuchali, uznali, że widać Jonas, tak jak Szaweł przed nawróceniem, był zaangażowany w zabijanie chrześcijan... Jonas znalazł się w niebezpieczeństwie, obawiał się nawet o swoje życie.

– Musiałem tłumaczyć ludziom, że każdy z nas jest w jakimś wymiarze Szawłem. Jeśli ktoś potrafi się do tego przyznać, to świadczy o jego przemianie. Ludzie to zrozumieli i przyjęli Jonasa do wspólnoty. Do tego stopnia, że wybrali go od razu po chrzcie na szefa rady kościelnej – mówi o. Franciszek.

Teraz Ślązak pracuje w mieście Ndola, w rozrastającej się wciąż dzielnicy slumsów New Kaloko. Na przestrzeni o średnicy 2,5 km mieszka tam 20 tys. ludzi. Ojcowie biali udzielają im sakramentów świętych i pomagają potrzebującym.

– Nasza parafia ma 53 domki dla najbiedniejszych, które zbudował mój poprzednik. W jednym z nich mieszka na przykład wdowa Berta z trojgiem swoich wnuków. Wychowuje je, bo ich rodzice zmarli – ojciec Franciszek pokazuje na zdjęciu Murzynkę z dwoma maluchami i nieco od nich starszą, około 9-letnią dziewczynką. – Berta sama by nie zbudowała domu, bo jest na to za stara, dlatego pomogła jej parafia. Zambijscy katolicy są zresztą bardzo wrażliwi na pomoc innym – uważa.

Opowiada o ministrantach i innych przykościelnych grupach, których członkowie najczęściej po zbiórce idą jeszcze pomóc w czymś potrzebującym. – Miłość bliźniego jest najważniejsza. Bez tego nie ma Kościoła – mówi.

« 1 »
oceń artykuł Pobieranie..

Zobacz także

Ze względów bezpieczeństwa, kiedy korzystasz z możliwości napisania komentarza lub dodania intencji, w logach systemowych zapisuje się Twoje IP. Mają do niego dostęp wyłącznie uprawnieni administratorzy systemu. Administratorem Twoich danych jest Instytut Gość Media, z siedzibą w Katowicach 40-042, ul. Wita Stwosza 11. Szanujemy Twoje dane i chronimy je. Szczegółowe informacje na ten temat oraz i prawa, jakie Ci przysługują, opisaliśmy w Polityce prywatności.

Zamieszczone przez internautów komentarze są prywatnymi opiniami ich autorów i nie odzwierciedlają poglądów redakcji

Polecane filmy

Zapisane na później

Pobieranie listy

Reklama

Sponsorowane

Https://Www.AUTOdoc.PL