Nowy numer 38/2021 Archiwum

Dulcissimo, jo je uzdrowiony

Poruszające opowieści związane z tą Ślązaczką w drodze na ołtarze przechowują mieszkańcy co drugiego domu w Raciborzu-Brzeziu. Także ponad 80-letnia Teresa Rut Knura.

– Dulcissima i bydłu pomogała... – mówi Teresa Knura. Opowiada o krowie, która w czasie wojny była żywicielką rodziny u sąsiadów. Nie mogła się ocielić i wydawało się, że padnie. Zrezygnowani gospodarze zostawili ją i odeszli. A jednak, po modlitwie i przyniesieniu ziemi z grobu Dulcissimy, krowa ocieliła się sama i wstała.

Prawie taka sama sytuacja miała też miejsce już po wojnie w gospodarstwie samej Teresy Knury. Dotyczyła kozy i trzech szczęśliwie urodzonych kózek.

Czy ludzie niekiedy nie przesadzali z masowym wykopywaniem ziemi z grobu Dulcissimy? Czy czasem nie traktowali tej ziemi w sposób magiczny? Wydaje się, że nie – jeśli jej „używaniu” towarzyszyła modlitwa. – Ludzie zawsze mieli zamiłowanie do pamiątek. Ta ziemia też była pewną pamiątką – ocenia ks. Alojzy Drozd, postulator procesu beatyfikacyjnego siostry. – To jest to samo co dotykanie dzisiejszego sarkofagu Dulcissimy, gładzenie go ręką. Zawsze była tendencja, żeby dotykać przedmiotów, które w jakiś sposób łączą się z daną świątobliwą osobą – wyjaśnia.

Estera jest zdrowa

Mieszkańcy Brzezia do dzisiaj proszą Dulcissimę o wstawiennictwo w swoich sprawach. Czasem to są sprawy życia i śmierci, częściej zwyczajne, codzienne problemy i zwyczajne dolegliwości. Dzieci modlą się nad jej sarkofagiem zarówno wtedy, gdy proszą Pana Boga o rodzeństwo, jak i przed zwykłymi sprawdzianami.

Teresa Knura urodziła się dwa lata po śmierci Dulcissimy. Jest z nią blisko związana. Twierdzi, że prawie pół wieku temu doświadczyła pomocy tej śląskiej zakonnicy w sytuacji, która może nie była niebezpieczna, ale wtedy dostarczyła jej wiele zgryzoty.

Pani Teresa ze zdjęciem Dulcissimy.   Pani Teresa ze zdjęciem Dulcissimy.
Przemysław Kucharczak /Foto Gość

Jej maleńki syn Krystian wciąż wtedy płakał. Lekarz z Raciborza, do którego prywatnie woziła chłopczyka, stwierdził, że dziecku nic nie dolega. „Panie doktorze, ale on strasznie płacze!” – przekonywała go Teresa. „To po co macie dzieci, skoro nie umiecie ich chować?” – odpalił zniecierpliwiony lekarz.

Wrócili do domu, gdzie Krystian nadal rozdzierająco płakał. Teresa opowiedziała o swoim zmartwieniu matce. – Moja mama powiedziała: „Weź go i idź ku Dulcizmie”. Tak też zrobiłam: poszłam na cmentarz – wspomina.

Czytaj dalej na następnej stronie

« 1 2 3 4 »
oceń artykuł Pobieranie..

Wyraź swoją opinię

napisz do redakcji:

gosc@gosc.pl

podziel się

Zapisane na później

Pobieranie listy

Reklama