Nowy numer 32/2020 Archiwum

Dwaj lekarze szpitala w Rydułtowach zwolnieni po śmierci pacjenta

Dwaj lekarze pełniący 19 marca dyżur w szpitalu w Rydułtowach (śląskie), gdzie 35-letni mężczyzna spędził - według jego bliskich - 10 godzin w izbie przyjęć, a wkrótce potem zmarł, zostali w czwartek dyscyplinarnie zwolnieni z pracy - poinformowała placówka.

Mężczyzna zmarł wskutek zawału serca po przewiezieniu do innej placówki. Podczas czwartkowej konferencji prasowej w Wodzisławiu Śląskim dyrekcja szpitala przekazała informację o wynikach wewnętrznego postępowania wyjaśniającego, przeprowadzonego w związku z tym zdarzeniem w Powiatowym Publicznym Zakładzie Opieki Zdrowotnej w Rydułtowach i Wodzisławiu Śląskim, z siedzibą w Wodzisławiu Śl.

"Pacjent od momentu zgłoszenia na izbę przyjęć do czasu przywiezienia do szpitala rejonowego w Raciborzu był pod stałą opieką medyczną. Przeprowadzono diagnostykę, wdrożono leczenie. Postępowanie medyczne personelu izby przyjęć szpitala w Wodzisławiu Śląskim było prawidłowe. Jedyne uchybienie, jakie stwierdzono, to postępowanie lekarzy dyżurnych szpitala w Rydułtowach, którzy odmówili przyjęcia pacjenta do szpitala, tłumacząc się brakiem łóżek, mimo że szpital dysponował wówczas wolnymi łóżkami. W związku z tym dyrekcja szpitala podjęła decyzję o wyciągnięciu konsekwencji dyscyplinarnych wobec lekarzy pełniących dyżur w Rydułtowach. W dniu dzisiejszym z lekarzami zostały rozwiązane umowy bez wypowiedzenia" - oświadczył rzecznik szpitala Sławomir Graboń.

Jak poinformował, szpital udostępnił dokumentację medyczną w tej sprawie badającej ją prokuraturze, rzecznikowi praw pacjenta i Narodowemu Funduszowi Zdrowia.

Według relacji lokalnych mediów, 35-letni Marcin był budowlańcem. Poczuł się źle podczas pracy i wcześniej wrócił do domu. Stamtąd poszedł do przychodni. Po wykonaniu EKG lekarz skierował go do szpitala. Wezwano karetkę, która przewiozła go do izby przyjęć w Wodzisławiu Śląskim. Według relacji rodziny mężczyzna przebywał tam przynajmniej 10 godzin. W tym czasie wykonano mu m.in. trzy EKG i kilka badań krwi. Jak relacjonowała rodzina, późnym popołudniem zapadła decyzja o przewiezieniu pacjenta do Rydułtów, gdzie miały być dwa wolne miejsca w oddziale. Po chwili ambulans zawrócił. Okazało się, że nie ma miejsca. Mężczyzna został ponownie przewieziony do izby przyjęć w Wodzisławiu, gdzie był stale monitorowany. Wieczorem trafił do szpitala w Raciborzu. Zmarł nocą mimo reanimacji.

To kolejny w ostatnich dniach nagłośniony przez media przypadek zastrzeżeń do działania personelu medycznego w placówkach w woj. śląskim. W Sosnowieckim Szpitalu Miejskim 39-latek zmarł po wielogodzinnym pobycie w izbie przyjęć, a w Szpitalu Powiatowym w Zawierciu ciężarna 20-latka została przeniesiona z SOR na pododdział udarowy dopiero wtedy, gdy jej stan bardzo się pogorszył. W ciężkim stanie trafiła do szpitala w Katowicach.

Pojawiły się też doniesienia o możliwych nieprawidłowościach w Zagłębiowskim Centrum Onkologii w Dąbrowie Górniczej, gdzie pacjentka izby przyjęć miała nie otrzymać pomocy, choć zwijała się z bólu, a w końcu zemdlała. Były też informacje o przypadku 86-letniej kobiety, która w ciężkim stanie, po napadzie padaczkowym, trafiła do Izby Przyjęć Wojewódzkiego Szpitala Specjalistycznego nr 4 w Bytomiu. Według rodziny spadła ze szpitalnego łóżka i leżała na podłodze niezauważona przez kilka godzin. Szpital temu zaprzecza.

Na fali tych doniesień do mediów zgłaszają się też rodziny pacjentów, którzy również nie uzyskali - ich zdaniem - właściwej opieki. To przypadek śmierci 69-letniego mężczyzny, któremu miano nie udzielić pomocy w izbie przyjęć Miejskiego Szpitala Zespolonego w nocy z 9 na 10 listopada ubiegłego roku. Po kilku godzinach córka sama przewiozła go do innego częstochowskiego szpitala. Wykonane tam badanie USG brzucha wykazało tętniaka aorty, co oznaczało konieczność natychmiastowej operacji. Pacjent zmarł. Jak poinformował w czwartek rzecznik częstochowskiej prokuratury okręgowej Tomasz Ozimek, sekcja zwłok potwierdziła, że przyczyną zgonu było pęknięcie tętniaka aorty brzusznej. Trwa śledztwo w sprawie narażenia mężczyzny na bezpośrednie niebezpieczeństwo utraty życia lub ciężkiego uszczerbku na zdrowiu.

Wszystkie te sprawy są badane przez kontrolerów ze śląskiego oddziału Narodowego Funduszu Zdrowia. Część także przez prokuraturę i rzecznika praw pacjenta. Placówki prowadzą też kontrole wewnętrzne.

« 1 »

Wyraź swoją opinię

napisz do redakcji:

gosc@gosc.pl

podziel się

Polecane filmy

Zapisane na później

Pobieranie listy

Reklama