Nowy numer 30/2021 Archiwum

Po co namaszczenie?

O mocy, z jaką Pan Bóg działa w szpitalu, mówi ks. Łukasz Stawarz.

Przemysław Kucharczak: Czy widział Ksiądz moc sakramentu namaszczenia chorych?

Ks. Łukasz Stawarz: Oczywiście. I to od razu, gdy tylko zostałem kapelanem szpitala w Tychach. Po raz pierwszy udzielałem tego sakramentu na OIOM-ie. Modlili się ze mną lekarka i pielęgniarki, cztery, pięć osób. Gdy tylko namaściłem pacjenta, on zaczął reagować na polecenia lekarza. Pani doktor mówi: „Proszę podnieść rękę” – pacjent podnosi. „Proszę ruszyć nogą” – rusza. A przed namaszczeniem chorych nie było żadnej reakcji. Dla pani doktor to był cud. Ja też się zdziwiłem...

Jak to Ksiądz wyjaśnia?

Pomyślałem sobie, że skoro modliliśmy się wszyscy razem, jako wspólnota Kościoła – bo wszyscy tam byli wierzący – to moc tego sakramentu była tak wielka, że mogliśmy to zobaczyć. Pan Jezus mówił, że do uzdrowienia potrzebna jest wiara.

A może to był przypadek?

Chyba nie, zwłaszcza że później wiele razy doświadczałem podobnych sytuacji. Któregoś ranka udzieliłem sakramentu namaszczenia chorych konającemu z zespołem Downa. Po południu siedział na łóżku, a po kilku dniach wypisano go do domu. Lekarze mówili o cudzie. Ostatnio pacjent zamówił Mszę św. dziękczynną za to, że od przyjęcia tego sakramentu wyniki jego badań zaczęły iść w dobrą stronę. Wielu wierzącym wydaje się, że ten sakrament działa tylko na płaszczyźnie duchowej. On działa na człowieka całościowo, bo człowiek jest jednością duchowo-cielesną. Działa wielowymiarowo. Przede wszystkim daje pociechę Ducha Świętego. Siłą tego sakramentu jest to, że Duch Święty zstępuje do serca chorego człowieka i umacnia go w czasie choroby. W czasie namaszczenia kładziemy ręce na chorego i prosimy, żeby Pan Bóg dał mu życie i zdrowie. Mówimy o zdrowiu w każdej postaci.

Każdej?

I duchowej, i psychicznej, i fizycznej. Oczywiście ten sakrament nie zastępuje leczenia. Pismo Święte poleca, żeby chory szedł do lekarza, któremu Pan Bóg dał talenty. A jednak bardzo często właśnie połączenie modlitwy i leczenia powoduje, że stan zdrowia chorego zaczyna się polepszać. Wiele też znaczy wiara personelu medycznego. Wczoraj znów miałem taki przykład.

Zamieniam się w słuch.

Rodzina prosiła, żebym udzielił namaszczenia chorych pacjentowi w ciężkim stanie. Lekarze mówili, że prawdopodobnie umrze. Byłem więc dwa razy, ale pacjent odmówił. Za trzecim razem dzwoni pielęgniarka: „Niech ksiądz przyjdzie, bo rodzina sobie życzy”. Mówię, że już dwa razy odmówił. A ona: „Niech ksiądz przyjdzie, zrobimy tak, żeby się zgodził”. Przyszedłem. Wtedy ta pielęgniarka powiedziała choremu to samo, co ja mówiłem wcześniej, ale wzięła go przy tym za rękę. Mówiła z taką dobrocią, życzliwością i miłością do tego pacjenta, że on od razu się zgodził. Chodziło o styl przekazania tych słów! Ona włożyła w nie tyle zaangażowania i daru z siebie, że tego chorego rozbroiła. Ja, kapelan, nie byłem do tego zdolny.

« 1 2 »
oceń artykuł Pobieranie..

Wyraź swoją opinię

napisz do redakcji:

gosc@gosc.pl

podziel się

Zapisane na później

Pobieranie listy

Reklama