Nowy numer 29/2021 Archiwum

Keep walking

W cztery miesiące przeszedł przez siedem krajów, z Katowic do Santiago de Compostela i na koniec świata. W nogach ma blisko 3,5 tys. km. Po co Szymon poszedł na Camino?

W Hiszpanii dziennie szedł średnio 40 km. Jeden raz przeholował – przeszedł aż 60 km! Największy kryzys dopadł go mniej więcej w połowie trasy, przed Taizé, gdzie zrobił sobie małą przerwę. Ból w nogach był tak ogromny, że postanowił skorzystać z pomocy lekarza. Znalazł szpital. – Praktycznie już się czołgałem, mówię na recepcji, co mi jest, facet tak patrzy się po mnie i mówi: „Sorry, człowieku, nie możemy ci pomóc, to jest psychiatryk!” – wspomina ze śmiechem. Na szczęście chwilę po wyjściu ze szpitala spotkał ludzi, którzy go przenocowali. Poważne problemy spotkały go także na finiszu wyprawy. – Przez ostatnie 10 dni strasznie bolało mnie serce, a 5 dni przed Santiago naprawdę myślałem, że nie dojdę. Przesiliłem organizm – ocenia.

Celem jego podróży była Finisterra, czyli tzw. koniec świata, a nie Santiago, gdzie był już wcześniej. Jednak to właśnie to miejsce zrobiło na nim największe wrażenie. – Stanąłem sam na placu i widok, jaki miałem przed sobą, porównałbym z patrzeniem na piękną kobietę. Stałem pół godziny i gapiłem się na katedrę. Była już po remoncie, widziałem każdy jej szczegół. Jej wielkość przypominała mi trochę trasę, jaką przebyłem. A kiedy przyszedłem na „koniec świata”, powiedziałem: „To już koniec? Trochę kamieni, ocean, latarnia...?”. Towarzyszyła mi jednak myśl, że ten koniec może być początkiem czegoś nowego…

« 1 2 3 4 5 »
oceń artykuł Pobieranie..

Wyraź swoją opinię

napisz do redakcji:

gosc@gosc.pl

podziel się

Zapisane na później

Pobieranie listy

Reklama