Nowy numer 29/2021 Archiwum

Keep walking

W cztery miesiące przeszedł przez siedem krajów, z Katowic do Santiago de Compostela i na koniec świata. W nogach ma blisko 3,5 tys. km. Po co Szymon poszedł na Camino?

– Ten ksiądz zaprosił mnie na obiad i na sam koniec dał mi 111 euro w monetach i 1000 koron. Tysiąc koron to ok. 5 posiłków w Czechach – mówi. – Kiedy szedłem sam, miałem czas, żeby zadawać sobie jakieś pytania, gdy szedłem z ludźmi, zacząłem znajdować na nie odpowiedzi. Na Camino na pewno jesteśmy bliżej siebie. A przez to możemy być bliżej Boga. Takie jest moje doświadczenie – ocenia. Zaraz później wymienia dwie sytuacje, których nie potrafi racjonalnie wyjaśnić. – Niemcy. Idę do dosyć dużego miasta, ok. 20 tys. mieszkańców. Wiedziałem, że znajdę tam kościół i miejsce na plebanii. Widziałem też, że znajdę tam polskich księży i że będzie mi łatwiej. Okazało się, że księża byli na wakacjach. Robi się ciemno, jestem w dużym mieście, nie mam jedzenia, postanawiam więc rozbić się poza miastem. Gdy wcześniej dochodziłem do miasta, byłem pewny, że wszystko jest idealne. To był chyba 40. dzień drogi i do tamtego momentu wszystko szło jak po maśle. Znalazłem się na wzgórzu. To nie była przyjemna noc. Spałem na dziko, było bardzo wilgotno, musiałem się natrudzić, żeby znaleźć bezpieczne miejsce. Wszystko zaczęło się psuć. Powiedziałem: „OK, jeżeli jesteś, to akceptuję to, co się stało”. Schodząc z tego wzniesienia, rano wszedłem do małej wsi, a na rozdrożu stał człowiek. Zapytał się: „Gdzie idziesz, jadłeś coś? Chodź, właśnie z żoną przygotowujemy śniadanie” – wspomina.

Sorry, człowieku

Druga historia z Panem Bogiem zaczyna się nieco zabawnie. – W Hiszpanii na Camino Frances jest taka miejscowość, gdzie znajduje się... kranik z winem. Podchodzę do niego, wokół pełno ludzi. „Chodź, chodź, napij się wina” – mówią. Wina? Przecież zawsze w takich miejscach leciała woda... Odkręcam, patrzę, rzeczywiście: wino. Napiłem się. Nie byłem pijany, ale byłem w takim stanie szczęśliwości – mówi. Tego dnia Szymon miał za sobą już 20 km drogi, do pokonania – kolejnych 20. Został sam na szlaku. – Śpiewałem sobie różne piosenki, skończył mi się repertuar, zacząłem rozmawiać sam ze sobą, a potem – z Bogiem. Była piękna pogoda, błękitne niebo, szeroka żwirowa droga. Nagle zawiało ciemną chmurę i zaczął padać deszcz. Znalazłem się wtedy w miejscowości, gdzie był kościół. O dziwo był otwarty. Wchodzę do środka, deszcz dalej pada, jestem sam. Mam swoje ulubione miejsce w kościele – ostatnia ławka po prawej stronie, miejsce z brzegu. Tym razem też tam siadam i kontynuuję moją rozmowę z Bogiem. „Boże, czego Ty ode mnie chcesz? Co ja tu robię, co mam dalej robić w życiu? Ja tylko gadam, a Ty siedzisz cicho, nic mi nie podpowiadasz”. W kościele panował półmrok. Gdy skończyłem mówić, spadła mi czapka. Podnoszę ją i widzę, że pod nią leży jeszcze inna czapka… z napisem: „Keep walking!” (idź dalej). Co miałem zrobić? Wziąłem plecak, wyszedłem z kościoła i ruszyłem dalej. Jeszcze trochę padało, potem wyszło piękne słońce i do końca trasy było bardzo ładnie – mówi.

« 1 2 3 4 5 »
oceń artykuł Pobieranie..

Wyraź swoją opinię

napisz do redakcji:

gosc@gosc.pl

podziel się

Zapisane na później

Pobieranie listy

Reklama