Nowy numer 29/2021 Archiwum

Keep walking

W cztery miesiące przeszedł przez siedem krajów, z Katowic do Santiago de Compostela i na koniec świata. W nogach ma blisko 3,5 tys. km. Po co Szymon poszedł na Camino?

– Ludzi prosiłem jedynie o uzupełnienie zapasów wody. Ale jak prosiłem ich o wodę, to zaczynali się mną interesować, dobrą robotę zrobiła też muszla (symbol Camino, który pielgrzymi niosą na szyi albo plecaku – przyp. red.). Początkowo bagaż Szymona ważył 12 kg, później, ze względu na to, że na szlaku nie było sklepów, w plecaku musiało znaleźć się też jedzenie. I to najlepiej na dwa dni. – Pewnego razu z innym pielgrzymem postanowiliśmy, że rozbijemy się gdzieś na dziko. Było wtedy jakieś święto we Francji, sklepy były więc pozamykane. Kończyło nam się jedzenie. On nie miał już nic. Dałem więc wszystko, co miałem. Mieliśmy superucztę, ale na drugi dzień znowu nie było sklepów. Właśnie w tym dniu spotkaliśmy Klaudię, ok. 50-letnią kobietę, która co chwilę podrzucała nam jedzenie! Potem poszliśmy razem na jeden z kempingów. Ciągle nie udało mi się kupić nic do jedzenia. Wieczorem rozbiłem namiot, poszedłem do łazienki, wracam, a pod namiotem... sterta jedzenia! Dzień wcześniej oddałem całe jedzenie, a na drugi dzień dostałem dwa razy więcej! – wspomina zadowolony. Inna niespodzianka spotkała go wcześniej, w Czechach, gdzie na farze zapytał o nocleg. Okazało się, że ksiądz nie bardzo chciał przenocować Polaka, bo – jak twierdził – nie miał odpowiednich warunków. Pozwolił mu jednak się wykąpać. Kiedy Szymon zobaczył pokój, który „nie nadaje się dla pielgrzyma”, przekonał księdza, by ten pozwolił mu zatrzymać się na noc.

« 1 2 3 4 5 »
oceń artykuł Pobieranie..

Wyraź swoją opinię

napisz do redakcji:

gosc@gosc.pl

podziel się

Zapisane na później

Pobieranie listy

Reklama