GN 42/2020 Archiwum

Panie Boże, mamy problem

Po rekolekcjach zaczęły nam się mnożyć pieniądze. Kiedy Bogu oddaliśmy kwestię finansów i powiedzieliśmy: „Nie wiemy, co z tym zrobisz, ale Ty się tym zajmuj”, to rozdzwoniły się telefony... 

Agnieszka Warmons z Mikołowa, żona Jarka i mama 17-letniego Szymona oraz 10-letniej Gabrysi, wie, o czym mówi. Razem ze swoimi bliskimi na własnej skórze doświadczyła, co znaczy być bankrutem. Na szczęście dziś wie także, do Kogo należą wszystkie pieniądze świata.

Koszmarna sytuacja

– Odkrywanie tego, że Pan Bóg obecny jest w każdej sferze naszego życia, także w finansach, zajęło nam parę lat – przyznaje Jarek, głowa rodziny. – Doszliśmy do ściany, i to tak krytycznie, że zaczęliśmy wyprzedawać rzeczy z domu, żeby mieć co do garnka włożyć. Nie mieliśmy nic. Nie dość, że człowiek nie miał kasy na spłatę swoich zobowiązań i na życie, to jeszcze nie mógł sprzedać tego, co posiadał – dodaje. Kłopoty małżonków rozpoczęły się, kiedy zdecydowali się na budowę domu. – Do działki mieliśmy dojazd na zasadzie służebności. W 2006 r. otrzymaliśmy pozwolenie na budowę, wzięliśmy kredyt, zaczęliśmy budowę i... zaczęły się problemy z dojazdem – opowiada Jarek. Sprawy związanej z drogą do posesji nie rozwiązały nawet procesy sądowe. Na dodatek w 2009 r. Jarek stracił pracę.

Rodzina została bez środków do życia, z kredytami (na dom i firmę) oraz z domem, którego nie mogła sprzedać. Na początku Jarek ze wszystkim próbował poradzić sobie sam. O tarapatach finansowych nie wiedziała nawet jego żona. – O problemach zaczęłam się dowiadywać, kiedy do drzwi zaczął pukać listonosz przynoszący nam pewne niefajne listy – opowiada Agnieszka. – Najpierw korzystaliśmy ze wszystkich oszczędności, ale w końcu i ta kieszonka się wyczerpała – dodaje. – Zaczęły się problemy z windykatorami bankowymi. Musieliśmy sprzedać nasz samochód, który był w leasingu. Kupiliśmy stare auto, nasza sytuacja była koszmarna. Z powodu braku dojazdu do działki nie mogliśmy sprzedać domu. W tym czasie nasze małżeństwo praktycznie się rozleciało – wspomina Jarek. – Kiedy dowiedziałam się o długach, wszystko prysło. Przede wszystkim prysło moje zaufanie do Jarka. I pojawił się straszny lęk o to, co jeszcze się wydarzy... – dodaje jego żona.

Ty nas ratuj!

– W czasie największego kryzysu, największej rozpaczy wstąpiliśmy do Domowego Kościoła. I dzięki temu nie sypnęliśmy się do końca. Klęknęliśmy i powiedzieliśmy: „Panie Boże, Ty nas ratuj! My nic nie jesteśmy w stanie zrobić” – mówią wspólnie małżonkowie. Agnieszka o Domowym Kościele słyszała już bardzo dawno temu. Sama zresztą formowała się w oazie młodzieżowej. Tęskniła za wspólnotą i żywą relacją z Jezusem. Jednak Jarek nie chciał słyszeć o żadnych grupach religijnych.

« 1 2 3 4 »
oceń artykuł Pobieranie..

Wyraź swoją opinię

napisz do redakcji:

gosc@gosc.pl

podziel się

Polecane filmy

Zapisane na później

Pobieranie listy

Reklama