Nowy numer 43/2020 Archiwum

Onkolog z peemem

Gdy seria z rkm-u wyrwała mu biceps prawej ręki, błysnęła mu myśl: „Już po mojej medycynie”. Na szczęście dla Górnego Śląska i polskiej nauki nie miał racji.

Prof. Mieczysław Chorąży, bo o nim mowa, otrzymał 14 października nagrodę arcybiskupa katowickiego „Lux ex Silesia”.

W wieku 26 lat już miał podjąć pracę w Warszawie, ale komunistyczne władze nie zgodziły się na to ze względu na jego przeszłość... w Armii Krajowej. Dostał skierowanie do pracy na prowincji, do Instytutu Onkologii w Gliwicach. W tutejszym Zakładzie Biologii Nowotworów pracowało wraz z nim trzech innych, podobnie „zesłanych” akowców. Żartowali, że to „mała polska Syberia”.

Urodził się 93 lata temu w Janówce na Podlasiu. W czasie wojny, w 1941 r., zmarło mu oboje rodziców. Najpierw ojciec, Franciszek, który przeziębił się, ukrywając w lesie przed niemiecką rekwizycją resztki bydła. W grudniu mama, Paulina, zapadła na tyfus. Nastolatek czuwał przy niej. 9 grudnia nad ranem usłyszał głos bratowej: „Wstawaj, Mama umarła”. – To wtedy postanowiłem zostać lekarzem. Wydawało mi się, że jeśli pójdę na medycynę, zwalczę wszystkie choroby – wspomina.

Przez większość wojny Mietek przebywał w Warszawie, gdzie uczył się na tajnych kompletach. Przez jakiś czas mieszkał w stolicy w bursie Rady Głównej Opiekuńczej, polskiej organizacji charytatywnej. – Spotkałem tam ponad pięćdziesięciu chłopaków w wieku 16-20 lat. Wszyscy, jak się później okazało, byli w konspiracji – śmieje się profesor.

Wiosną 1942 r. wstąpił do Armii Krajowej. Został żołnierzem batalionu Baszta o pseudonimie „Grom”. Skończył podchorążówkę, został dowódcą drużyny.

Chodzi o szablę?

Był też magazynierem broni całego plutonu. Jedną skrytkę zbudował w stropie swojego mieszkania. Drugi magazyn chciał zorganizować pod tarasem domu młodszego kolegi, Stasia Wydżgi „Jastrzębia”, przy Pilickiej 46 na Mokotowie. Wraz z dowódcą plutonu, ppor. Karolem Niewiarowskim „Starterem” poszli poprosić o zgodę mamę Stasia – „Jastrzębia”. Dostali herbatę w pięknej porcelanie i kruche ciasteczka. W czasie tej rozmowy „mama Jastrząb” (jak ją nazywał „Starter”) zgodziła się. Jednak gdy chłopcy zaczęli zwozić rykszami paki z karabinami, pistoletami i amunicją, była przerażona. Skomentowała: „Ja myślałam, że chodzi o jakąś szablę, a tu cały arsenał”. A to jeszcze nie było wszystko...

Ci młodzi chłopcy w swoim krótkim jeszcze życiu byli świadkami rzeczy strasznych. Mieczysław przez okienko pod strychem widział, jak w Alejach Jerozolimskich, o 30 metrów dalej, Niemcy rozstrzeliwali ponad stu ludzi. Czy można dziwić się ich determinacji do walki zbrojnej?

Wiosną 1944 r. pluton musiał oddać swój pistolet maszynowy sten jakiejś grupie dywersyjnej. Chłopcy czuli żal: jak będzie uzbrojony pluton, gdy dojdzie do walki? Mietek wyciągnął więc z magazynu cztery granaty obronne i dwa pistolety. „Starter” włożył za pas polskiego visa, a Mietek „Grom” – austriackiego steyera na długie naboje (tzw. longi). Ok. 10.00 rano ruszyli na ulice Warszawy, wypatrując pojedynczego niemieckiego żołnierza, aby go rozbroić.

Wreszcie na ul. Mazowieckiej zobaczyli rosłego esesmana. Szedł z karabinem mauser na ramieniu. „Ergebt euch!” (poddaj się) – krzyknął „Starter”, chwytając karabin Niemca. Mietek wyciągnął pistolet.

Esesman, zamiast się poddać, wrzasnął „Hilfe!” i szamotał się ze „Starterem”. W dodatku zaczął zyskiwać nad Polakiem przewagę i ściągać karabin z pleców. „Ergebt euch!” – krzyknął tym razem Mietek. Bez skutku. Głowy Niemca i „Startera” migały w szamotaninie. Cenne sekundy uciekały. Mieczysław wymierzył w brzuch esesmana i strzelił. Echo poniosło odgłos wystrzału po opustoszałej nagle ulicy.

Jest mi go szkoda

– Jest mi szkoda tego młodego człowieka. Miał dwadzieścia kilka lat. On chyba nie przeżył, bo to był pistolet steyera o wielkiej sile rażenia. Przyznam jednak, że nigdy nie miałem z tego powodu głębokiego wyrzutu sumienia – zamyśla się dziś profesor. – Myślę, że ma to związek z atmosferą walki i świadomością, że on należał do tych, którzy najechali moją Ojczyznę – mówi z powagą.

Przez następne minuty życie chłopaków wisiało na cienkim włosku. Biegli ul. Mazowiecką. Nagle z ul. Traugutta wyszło naprzeciw nim trzech lub czterech niemieckich żandarmów, uzbrojonych w pistolety maszynowe. Nie wiedzieli, co tu się stało, szli niepewnie środkiem jezdni.

Wydawało się, że chłopcy nie mają żadnych szans. W dodatku Mietkowi steyer przed chwilą zaciął się przy strzale. Przełożył go do lewej ręki, a prawą sięgnął po granat. „Starter” też wyjął granat. Na ucieczkę było za późno, więc chłopcy, wrzeszcząc „Los!” (naprzód!), pobiegli wprost na żandarmów.

Wtedy stało się coś niespodziewanego. Żandarmi odwrócili się i... uciekli. Udało się to zapewne dzięki pewnej ich dezorientacji i dzięki temu, że Polacy okazali zdecydowanie.

Młodzi akowcy wpadli w ul. Kredytową. Stało tam ok. stu Polaków, którzy zaczęli głośno wiwatować na cześć Karola i Mietka. – Udawaliśmy, że to nas nie dotyczy. Jakie strzały? Ale spod kołnierza „Startera” sterczała lufa karabinu... – wspomina prof. Chorąży.

« 1 2 »
oceń artykuł Pobieranie..

Wyraź swoją opinię

napisz do redakcji:

gosc@gosc.pl

podziel się

Polecane filmy

Zapisane na później

Pobieranie listy

Reklama