Nowy numer 13/2020 Archiwum

Elu, byłaś konwalią

Kiedy już tam przyjdę, zapytam ją: "Dziołcha, coś ty we mnie widziała?". I wiem, że będziemy mieli dużo czasu na odpowiedź…

Z tej pielgrzymki wróciliśmy, już trzymając się za rękę. Ja jeszcze potrzebowałem półtora roku, żeby się w pełni zaangażować. Ale to jeszcze bardziej przyciągnęło mnie do Boga i do niej. Im większe miałem wątpliwości, tym bardziej się modliłem.

Spokojnie, to nic groźnego

W lutym 2004 roku przyszedł czas na oświadczyny. W tym samym roku, z końcem sierpnia, Ela i Tomek wzięli ślub. Dziecko pojawiło się już rok później. – Trochę niespodziewanie, ale myślę, że była w tym ręka Opatrzności. Bo gdyby ta choroba, ten nowotwór, bardzo rzadki i wyjątkowy, zdarzył się nam inaczej, myślę, że nie mielibyśmy dziecka.

Jeszcze przed ślubem, w październiku czy listopadzie 2003 r., Ela pokazała mi rękę, mówiąc: „Wiesz co, jakaś kulka zrobiła mi się na dłoni”. Pracowałem wtedy w hospicjum. Jak to zobaczyłem, to włos zjeżył mi się na głowie. „Trzeba z tym iść do lekarza”, powiedziałem. – „Dobra” – Ela nie lekceważyła żadnych badań, bardzo dbała o zdrowie. Poszła, zbadała, a lekarka powiedziała jej: „Spokojnie, to nic groźnego”. 

Zapomnieliśmy o tym guzie, wzięliśmy ślub, Ela zaszła w ciążę, urodziła się Tereska.

Lipiec 2006 r. Córka ma prawie rok; w trakcie karmienia Ela znajduje guza w piersi. Lekarze dalej ją uspokajają, USG nie wykazuje nic złego. Niegroźna, niezłośliwa zmiana. Guz rośnie jednak potężnie i w pewnym momencie widzę ja, pracownik hospicjum, z zupełnie jeszcze uśpioną czujnością, jak na tym guzie zaczyna zmieniać się skóra.

Lecimy do lekarzy, ktoś w końcu w piorunującym tempie robi badania. I okazuje się, że w szpitalu w Bielsku to pierwszy taki przypadek: mięśniakomięsak prążkowanokomórkowy. To nie jest rak, to nowotwór nierakowy. Jeden na milion. Jak dobry onkolog ma szczęście, to raz w życiu spotka jakiegoś mięsaka. A tę odmianę w Polsce miało tylko kilka osób. „Warszawa-Ursynów, centrum onkologii. Tam macie jakąś szansę” – powiedziano nam. 

W międzyczasie dochodzi do przerzutów. Oczywiście uczepiam się tego, czego uczepiłem się, gdy poznałem żonę, czyli Pana Boga. Miałem wielkie przekonanie o tym, że ta przygoda mojego życia skończy się cudem. I do dziś chyba trochę mam o to do Pana Boga żal. Ale mam też ufność, że to nie był przypadek.

« 1 2 3 4 »
oceń artykuł Pobieranie..

Polecamy

  • Nowa 82
    24.09.2018 08:33
    Dzielna wojowniczka. Tylko czemu tak wcześnie musiała odejść...
    doceń 6
  • Barbara
    25.09.2018 12:08
    całkiem możliwe, że Święci z Nieba ( Ela) modlą się w intencji tych, którzy to będą czytać. Czytam i płaczę, trafione dokładnie w czuły punkt. Dziękuję, również Autorce.
    doceń 7
  • Agnieszka
    26.09.2018 12:19
    Bardzo dziękuję za opisanie historii Elusi była cudowną kobietą nigdy jej nie zapomnimy . Zawsze będzie w moim sercu
    doceń 4
  • ANia
    26.09.2018 21:01
    A ja zupełnie nie wiem o co chodzi Bogu z tymi nowotworami, to jest po prostu straszne. Tak odeszły moja mama i teściowa, patrzyłam na ich cierpienie. Uważam, że tzw"leczenie" nie ma sensu, bo to też pasmo cierpienia. Nie dziwię się, że ten pan ma żal do Pana Boga. Ja też mam. Niestety żadna wiara tu nie pomoże. Rana pozostaje do końca życia. Życie jest dziwne i trochę bez sensu.
    doceń 1

Ze względów bezpieczeństwa, kiedy korzystasz z możliwości napisania komentarza lub dodania intencji, w logach systemowych zapisuje się Twoje IP. Mają do niego dostęp wyłącznie uprawnieni administratorzy systemu. Administratorem Twoich danych jest Instytut Gość Media, z siedzibą w Katowicach 40-042, ul. Wita Stwosza 11. Szanujemy Twoje dane i chronimy je. Szczegółowe informacje na ten temat oraz i prawa, jakie Ci przysługują, opisaliśmy w Polityce prywatności.

Zamieszczone przez internautów komentarze są prywatnymi opiniami ich autorów i nie odzwierciedlają poglądów redakcji

Polecane filmy

Zapisane na później

Pobieranie listy

Reklama