Nowy numer 42/2019 Archiwum

Największy bandyta

Mieszkańcy katowickiego Dębu odkryli, że z ich dzielnicy pochodził niezwykły człowiek: ks. Józef Kania, kapelan partyzantów Armii Krajowej. Jego dom wciąż tutaj stoi.

Teraz na tę kamienicę przy ul. Krzyżowej 7 trafi tablica ku czci ks. Kani. Na wniosek Rady Jednostki Pomocniczej nr 10 ufundował ją Urząd Miasta Katowice.

Józefowi Kani doradzano, żeby został zawodowym muzykiem. Podobno powiedział swojej mamie: „Tak, będę śpiewakiem, ale Bożym”. Był wybitnie uzdolniony naukowo i miał talent organizatorski.

Zamiatacz ulic

W chwili wybuchu II wojny światowej był młodym księdzem, miał zaledwie 26 lat. W 1939 r. był wikarym w Michałkowicach. Kiedy wkroczyli Niemcy, wydalili z parafii proboszcza ks. Pawła Brandysa. Samemu ks. Józefowi nakazali natomiast zamiatanie ulic. Miotłę brał więc zawsze po odprawieniu porannej Mszy Świętej. Jego siostra miała nawet fotografię, na której ks. Józef pracuje z tablicą na plecach: „Ich bin der größte Bandit aus Michalkowitz” – czyli „Jestem największym bandytą z Michałkowic”.

Podobnie jak jego kolega z seminarium, ks. Jan Macha, który jest dziś kandydatem na ołtarze, po wkroczeniu Niemców ks. Józef włączył się w konspirację. W Michałkowicach, gdzie był wikarym, współzakładał Polską Organizację Powstańczą. Organizował pomoc charytatywną dla rodzin ludzi, których Niemcy uwięzili, i dla samych więźniów.

Kiedyś jedna z niemieckich parafianek oburzyła się, że ks. Józef w czasie nabożeństwa zaintonował pieśń po łacinie, zamiast po niemiecku. Doniosła na niego do kurii. Młody wikary był też na celowniku niemieckiej policji. Dla jego bezpieczeństwa kuria przeniosła go więc na parafię w Brzęczkowicach, dzisiejszej dzielnicy Mysłowic.

Tutaj jednak młody „kapelonek” prowadził tę samą działalność, ale na jeszcze większą skalę. Wszedł w kontakt z parafianami, którzy służyli jako dozorcy w owianym ponurą sławą więzieniu śledczym w Mysłowicach. Za ich pośrednictwem dostarczał więźniom żywność, modlitewniki i różańce – i to nawet do najsurowszej celi, tak zwanej „jedynki”.

Wuszty ze Słupnej

Jak to działało, częściowo okazało się po wojnie. Na przykład niejaka Emma Buchta opowiedziała, jak zanosiła ks. Józefowi na probostwo w Brzęczkowicach wędliny, które dawał jej tata Jan Lux, rzeźnik ze Słupnej. Ta żywność była potem przemycana do więzienia.

Ksiądz Kania dożywiał też w podobny sposób, z kilkoma odważnymi współpracownikami, jeńców wojennych różnej narodowości.

Ludzie z Brzęczkowic długo później wspominali, że ten młody ksiądz głosił też poruszające kazania. Świetnie również śpiewał i grał na różnych instrumentach. Po wojnie na fronton kościoła w Brzęczkowicach trafiła płaskorzeźba ks. Kani z podpisem „Gorliwiec Boży”.

W końcu jednak jego współpracownicy zostali aresztowani przez gestapo. W lutym 1943 r. ks. Józef musiał uciekać.

Ponieważ był „spalony”, został kapelanem Rybnickiego Inspektoratu Armii Krajowej. Często przebywał wśród partyzantów legendarnego śląskiego oddziału partyzanckiego „Wędrowiec”, który wtedy działał w górach, w okolicy Brennej. Wiadomo, że w kazaniach dla partyzantów mówił m.in. o konieczności zachowania zasad moralnych także w wojennych okolicznościach.

« 1 2 »
oceń artykuł Pobieranie..

Zobacz także

Ze względów bezpieczeństwa, kiedy korzystasz z możliwości napisania komentarza lub dodania intencji, w logach systemowych zapisuje się Twoje IP. Mają do niego dostęp wyłącznie uprawnieni administratorzy systemu. Administratorem Twoich danych jest Instytut Gość Media, z siedzibą w Katowicach 40-042, ul. Wita Stwosza 11. Szanujemy Twoje dane i chronimy je. Szczegółowe informacje na ten temat oraz i prawa, jakie Ci przysługują, opisaliśmy w Polityce prywatności.

Zamieszczone przez internautów komentarze są prywatnymi opiniami ich autorów i nie odzwierciedlają poglądów redakcji

Polecane filmy

Zapisane na później

Pobieranie listy

Reklama

Sponsorowane

Https://Www.AUTOdoc.PL