Nowy numer 29/2021 Archiwum

Miłość uskrzydla

– Jak to jest być mamą biskupa? – Bardzo miło. Wszyscy mocno mnie ściskali. A tych, którzy mi gratulowali, prosiłam o modlitwę. Za Andrzeja, żeby służył jak najlepiej. Żeby podołał wszystkiemu, czego Pan Bóg od niego wymaga...

– Okazało się, że mój Wiluś pracuje w laboratorium w hucie. O, jak dobrze! Trenował także w górniczej drużynie piłki ręcznej w kopalni i zwalniał się na mecze. I oni w końcu mu powiedzieli: „Przenieście się na kopalnię”. I tak przepracował tam całe życie – opowiada.

– Koleżanki pytały: „Gdzieś ty tego męża poznała?”. To ja im odpowiadałam: „To jest perełka, tylko muszę nad nim popracować. Z początku nie był bardzo blisko Pana Boga” – wspomina. – Świadomie ustaliliśmy dzień ślubu – 2 lutego (wspomnienie Matki Bożej Gromnicznej). To światło Maryi miało nam przyświecać – wyjaśnia.

Co roku w rocznicę ślubu jest za nich Msza św., po niej kawa i kołocz. Jest tak do dziś, mimo że mąż Wilhelm nie żyje od 2016 r. – Co roku dziękowałam, że jeszcze jesteśmy razem. I przeżyliśmy wspólnie 59 lat. I za to jestem bardzo Panu Bogu wdzięczna. Popatrz, jaki był śliczny – pokazuje zdjęcie przystojnego młodzieńca. – Miglanc taki, wesoły, radosny. Potem trochę kształtów nabrał – uśmiecha się.

Taniec dla ks. Franciszka

Małżonkowie całkowicie poświęcili się oazie. Pierwszy raz zetknęli się z nią w 1975 r. podczas rekolekcji w Koniakowie. Rok później byli już pierwszą parą diecezjalną Domowego Kościoła. Razem ze śp. ks. Anzelmem Skrobolem z Jastrzębia-Zdroju tworzyli zalążki tej gałęzi oazy w naszej diecezji.

Dzięki swojej posłudze poznali również założyciela Ruchu Światło–Życie, ks. Franciszka Blachnickiego. Pierwszy raz zobaczyli go podczas rekolekcji, również w Koniakowie. – Mieliśmy dzień pojednania. Wtedy przepraszamy się przed kościołem, mówimy sobie: „Przepraszam, wybaczam”. Potem idziemy do kościoła, jesteśmy skupieni na sakramencie pojednania. Trwało nabożeństwo. I wtedy przyszedł on, ojciec Franciszek. Popatrzył, jeden konfesjonał był pusty, usiadł i spowiadał. Potem wstał i pojechał – opowiada pani Anna.

Ostatni raz z ks. Blachnickim widziała się w Krościenku, w listopadzie 1981 r., tuż przed wybuchem stanu wojennego w Polsce. – Pamiętam, byłam tak bliziutko, siedzieliśmy na Kopiej Górce w niedużym pomieszczeniu. Ojciec Franciszek stał naprzeciw nas, opowiadał. Tłumaczył, że Kościół ma mieć małe wspólnoty, że w nich jest siła. A potem powiedział: „A zatańczcie mi: »Ludzie, ludzie, których Bóg jest Panem«”. Poderwałam wtedy jakiegoś dominikanina, koleżankę i w trójkę tańczyliśmy – wspomina.

« 1 2 3 »
oceń artykuł Pobieranie..

Wyraź swoją opinię

napisz do redakcji:

gosc@gosc.pl

podziel się

Zapisane na później

Pobieranie listy

Reklama