Nowy numer 28/2018 Archiwum

Nakaz milczenia

To okrutny żart historii, że obóz pracy, w którym zaraz po II wojnie światowej trzymano Niemców, Ślązaków i reprezentantów antykomunistycznego podziemia, nosi nazwę „Zgoda”.

Świętochłowice dla historii świata wydają się miejscem zdecydowanie mniej dramatycznym niż Auschwitz. Jednak na losach Śląska to ogromna zadra. Obóz na Zgodzie, który w 1945 r. stał się miejscem kaźni ok. 2,5 tysiąca osób: Niemców, Polaków i przymusowo wpisanych na folkslistę Ślązaków, wydaje się nieco zapomniany. Te wydarzenia przypomina w swoim debiutanckim filmie Maciej Sobieszczański. „Zgoda” to historia miłości i nienawiści wśród ludzi pogranicza. Zniszczyła ich wojna, a dobijają jej ostatnie podrygi. Anna, Franek i Erwin to trójka przyjaciół, którzy kiedyś sobie obiecali, że zawsze będą razem. Ten ostatni jest Niemcem, twierdzi, że zdezerterował z Wehrmachtu. Trafia do obozu, podobnie jak Anna. Franciszek zna ich los, postanawia więc zgłosić się na ochotnika do służby, by pomóc ukochanej. Wydaje mu się, że może, nie stając po stronie „nowego ładu”, wyrwać Annę z piekła.

Czas sprawiedliwości

Całość można sprowadzić do dialogu, który rozgrywa się pomiędzy głównym bohaterem, przyjmującym się do pracy w obozie Frankiem Grudą, a komendantem. Szef obozu pyta go o przeszłość rodziny i dowiaduje się, że ojca w 1940 r. zabili Niemcy. – Chcesz się mścić? – dopytuje. – Chcę wymierzyć sprawiedliwość – pada odpowiedź. I właśnie o tym jest ten film – o wymierzaniu sprawiedliwości na własną rękę. O tym, jak łatwo przejść od bycia ofiarą do wejścia w buty oprawcy.

Bardzo mocno pokazuje to scena obozowego apelu, podczas którego załoga obozu pałuje Niemców za to, że w pobliżu odkryto masowe groby Żydów. Twórcy wystawiają przy tym na próbę wrażliwość i sumienie widza – chwilę wcześniej na ekranie widzimy, jak w strugach potwornego deszczu wydobywane są kolejne ciała ze zbiorowej mogiły. To może jednak się należało za te wszystkie okrucieństwa – prosta logika, którą kieruje się coraz więcej osób, jest tu wystawiona na próbę. A każdemu, kto miałby jeszcze wątpliwości, czy jednak nie warto do takiego świata „oko za oko, ząb za ząb” powrócić, reżyser zdaje się dawać prostą odpowiedź – w scenie, w której Erwin musi pobić górnika, który oferował mu pomoc. „Zgoda” to także film o tym, że nie można pozostać na chwilę neutralnym, w imię teoretycznie dobrych założeń. To chyba najlepsza ilustracja dla tych, którzy czcząc odpowiedzialnych za wprowadzanie na Śląsku komunizmu, jednocześnie głośno domagają się szacunku dla ofiar obozu w Świętochłowicach.

Dobry komendant?

Film Macieja Sobieszczańskiego to nie jest miły kinowy obrazek. Kadry są szarobure, pogoda wydaje się niekończącym brzydkim i mokrym przedwiośniem (w rzeczywistości obóz funkcjonował od lutego do listopada 1945 r.). Całość jest chropowata, oszczędna w środki (właściwie nie ma muzyki). Widz cały czas ma wrażenie, że jest nieproszonym podglądaczem rzeczywistości. Potęguje to praca kamery, która często śledzi bohaterów, podążając za ich plecami bądź lokowana jest w kącie pomieszczeń. To wszystko sprawia, że atmosfera napięcia i nerwowości udziela się bardzo mocno.

« 1 2 »
oceń artykuł

Zobacz także

Ze względów bezpieczeństwa, kiedy korzystasz z możliwości napisania komentarza lub dodania intencji, w logach systemowych zapisuje się Twoje IP. Mają do niego dostęp wyłącznie uprawnieni administratorzy systemu. Administratorem Twoich danych jest Instytut Gość Media, z siedzibą w Katowicach 40-042, ul. Wita Stwosza 11. Szanujemy Twoje dane i chronimy je. Szczegółowe informacje na ten temat oraz i prawa, jakie Ci przysługują, opisaliśmy w Polityce prywatności.

Zamieszczone komentarze są prywatnymi opiniami ich autorów i nie odzwierciedlają poglądów redakcji

Reklama

Zapisane na później

Pobieranie listy

Reklama